Dlaczego właściwie w demokratycznym państwie nieustanego politycznego eksperymentu na ludności, jakim jest, rzecz jasna, Polska, nie urządzać wyborów co roku? Częściej to pewnie byłoby zbyt męczące, ale rok w rok? Nie tylko w ten sposób sondażownie, które codzienne niemalże prorokują nowy rozkład "miejsc w parlamencie", ale i ewentualne gabinety miałyby ręce pełne roboty. Nie wspomnę o mediach, które właściwie mogłyby urządzać niekończącą się debatę bez przerwy na sen. Dla rządów byłoby o tyle praktyczne rozwiązanie, że tak jak w przypadku Tuskopawlaka, po stu dniach z okładem można byłoby już się szykować do nowego rozdania i zaczynać od zera, prosząc o "second chance". Tak bez końca.
Już nikt pewnie nie pamięta, co wygadywano na temat PiS-u, gdy po paru miesiącach rządów i ciągłego ataku ze strony opozycji, proponował nowe wybory, by jeszcze raz sprawdzić preferencje wyborców, które to preferencje opozycja nieustanie podważała, twierdząc, że Polacy na głowy upadli, wybierając PiS (a poza tym PiS "wygrał zaledwie o parę procent", więc właściwie nie wygrał). Teraz jednak PO zupełnie bez zająknięcia się mówi o nowych wyborach, a wokoło rozlegają się pewne wyrozumiałości kląskania (kląskania, nie klaskania), że to właśnie jest dobre rozwiązanie dla Polski. Nie muszę chyba nikomu dowodzić, że to, co wyrabiała PO po ostatnich wyborach, to było ciągłe udawanie, że rządzi, ponieważ i tak na patelni w kółko smażony był PiS, którego wciąż przypalano na okoliczność rozmaitych zbrodni. Poza tym PO nie przejęła się zupełnie swoimi własnymi obietnicami wyborczymi (przyjazne media także nie rozliczały jej z tego powodu), co doprowadziło, jak wiemy do normalizacji sytuacji politycznej w Polsce. Skoro jednak tak normalnie już było, że aż wielebny Sadurski któregoś pięknego dnia zaczął się nudzić, zdumiony, że aż tak normalnie w normalnym kraju może być za normalnych rządów - to skąd nagle ten pęd PO do wyborów?
Chodzi o jakiś głupi Traktat? Ależ skąd, chodzi o nowy początek. "Przez ten cały czas staraliśmy się, jak mogliśmy, ale PiS nam nie dał rządzić". "Potrzebujemy kolejnej szansy, by porządzić naprawdę". R. Sikorski, patriota o wielu twarzach, nie kryje zresztą swego oburzenia nie tylko na PiS, ale na zbliżający się skandal na arenie międzynarodowej, wywołany bezwstydnym zachowaniem kaczystów (http://www.rp.pl/artykul/107941.html). Jamajka powtarza hasło "kompromitacja" już od wielu dni. Gleb Chlebowski mówi jakby go ktoś nakręcił lub jakby miał wgraną tylko jedną taśmę z przemówieniami. Takie rzeczy się zdarzają w polskiej polityce, gdy tylko coś nie idzie zgodnie z dyrektywami mitycznej transformacji. Cholera, nasza demokracja jest wyjątkowo niesterowna, trzeba przyznać, skoro byle kaczystowski kołek może ją przyblokować.
No ale od czegóż są wybory właśnie? Od czegóż media, które przy zwycięstwie wyborczym takiej czy innej frakcji Partii Okrągłego Stołu uwijają się od świtu do nocy niemalże jak think tanki przy elekcji prezydentów w USA. U nas to może nieco siermiężniej wygląda, bo i intelekty takie z odzysku posowieckiego są wprzęgnięte do robót, ale liczy się efekt, a nie toporna niejednokrotnie droga na piedestał takiego czy innego ugrupowania. Toporności nie brakuje już zresztą w wypowiedziach szefa MSZ:
"to co proponuje opozycja, to mówiąc językiem dyplomacji jest tradycyjną dla naszych eurofobów syntezą nieuctwa z paranoją"
- świadczy to już tylko o tym, że nerwy trzymane są na postronkach. Eurofobia, paranoja. Ludzie! Jesteśmy w jednym zakładzie psychiatrycznym, w którym na szczęście światli politycy, którzy z niejednego pieca chleb jedli, jak choćby Sikorski, potrafią leczyć na odległość. Seansami uzdrowicielskimi są właśnie wybory, wobec tego, niech wyboriada będzie co roku, tak byśmy wszyscy zdrowi byli. Nie zdrowi, zdrowsi - na umyśle zwłaszcza. Jak doktór Sikorski chociażby.


Komentarze
Pokaż komentarze (58)