Ostatnimi czasy określenie "tajne" ma dodatkowe znaczenie: "do wiadomości funkcjonariuszy 'GW'", a że wśród nich, jak wiemy chociażby z rodowodu L. Maleszki, ludzie służb też się kręcą, to nic dziwnego, że wszystko, że tak powiem, zostaje w rodzinie. Innymi słowy, to, co zrobią ludzie z dawnego rozdania mają prawo poznać i upubliczniać inni ludzie, którym to ludzie z dawnego rozdania w doli i niedoli niejednokrotnie pomagali.
Niezmordowana A. Kublik, którą znamy już z wielu publikacji podobnego typu, dostała właśnie kontrolowane przecieki od kolegów buszujących po SKW i skonstruowała doniesienie, po którym już wiemy, jaką dezinformacyjną osłoną cieszą się "porządki po Macierewiczu". Nowi-starzy funkcjonariusze zaczęli cofać certyfikaty i uprawnienia dostępu do tajnych dokumentów tym pracownikom SKW, którzy zatrudnieni byli przez Macierewicza. Nie ma w tym oczywiście nic nadzwyczajnego, skoro bowiem ludzie dawnego reżimu wspierani czynnie przez PO (co do której nie wiadomo już czy jest partią postsolidarnościową, czy raczej postkomunistyczną, bo chyba koszula okazuje się bliższa ciału) skutecznie zablokowali proces weryfikacji, a teraz zmierzają do odtworzenia utraconego status quo.
Sekunduje tym działaniom komunista J. Zemke:
"Wygląda na to, że nie tylko nie wiadomo, gdzie są tajne dokumenty SKW, ale jeszcze pozatrudniano tam ludzi, którzy nie dają gwarancji zachowania tajemnicy państwowej."
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5040440.html)
No tak, ludzie Macierewicza z pewnością posiadają już wiedzę, której ludzie Dukaczewskiego itp. nie zamierzali upowszechniać, ale od czego są specjaliści od dezinformacji, którzy wokół swoich destrukcyjnych działań potrafią roztoczyć nimb niesamowitej fachowości. Płk G. Reszka wzywa swoich "kontrolerów" i ci stwierdzają to, co trzeba stwierdzić, a dalej już idzie z górki, przynajmniej dla Kublikowej, której związki ze słuzbami z dawnego rozdania zaczynają przypominać coś więcej niż niezdrową fascynację. Znowu zresztą pisze ona o jakiejś mitycznej ofercie sprzedaży aneksu do raportu o likwidacji WSI, choć nikt tego oferenta nigdy nie znalazł (pamiętamy słynny demaskatorski artykuł "Dziennika"), a sam Macierewicz proponował wysokie sumy za tenże skopiowany rzekomo aneks i nikt się nie zgłosił.
Na koniec Kublik podaje dane dotyczące niektórych z ludzi szkolonych przez SKW:
"Wśród 23 uczestników kursu znaleźli się: hufcowe Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, działacz Ligi Republikańskiej, dziennikarze "Tygodnika Solidarność" i "Głosu" (pismo Macierewicza), magister teologii, strażnik leśny Kampinoskiego Parku Narodowego."
Czemu jednak nie podaje po prostu listy nazwisk, nie byłoby prościej? Swoją drogą, tylu dziennikarzy burzyło się na to, że ludzie z "TySola" czy z "Głosu" pojawili się na kursach SKW, a czemu nie burzyli się na współpracę wielu swoich kolegów z SB?


Komentarze
Pokaż komentarze (31)