Czytam wywiad z prof. R. Legutką i mam wrażenie, że opisuje on peerel, a nie współczesną Polskę. Czy jest aż tak źle, że nie możemy już zrobić nic, tylko siąść i płakać? Czy w Polsce nie drzemie żaden potencjał? Czy jesteśmy już na dnie?
Wywiad nosi dość odstraszający tytuł "Trzeba się wreszcie wkurzyć" (słowo "wkurzyć" kojarzy mi się z polszczyzną "nizin społecznych", mimo wszystko, a zawojowało język polski nie wiadomo czemu), jeśli weźmie się pod uwagę, że wywiadu udziela filozof, znawca starożytności, ktoś z "wyżyn społecznych" (http://www.rp.pl/artykul/110324.html). O ile można się zgodzić z tym, że Polacy zaczęli się na nowo po 1945 r. (lub 1944) - choć i tu można się spierać, czy przynajmniej część naszych rodaków przechowująca na emigracji dziedzictwo przedwojennej Polski i Polskiego Państwa Podziemnego nie stanowiła kontynuacji "starego narodu" - o tyle nie można się zgodzić z taką konstatacją, że dziś Polacy nie mają właściwie nic do zaoferowania:
"Nie wiemy więc, kim jesteśmy, ale wiemy, że chcemy być inni. Najlepiej dostrzec to można, gdy zastanowimy się, jaki może być wizerunek współczesnego Polaka. Zapewne nie husaria, bo to stare i nie przystaje. Grunwald? Było w PRL niesławne stowarzyszenie Grunwald, a dziś z Krzyżakami walczyć jakoś głupio. Kolejne powstania, jak wiadomo, przegrane i, jak równie obiegowo ma być wiadomo, bez sensu. Jak pokazać jakiś pozytywny stereotyp Polaka? Facet przy komputerze? Trochę mało porywające. Młodzieniec z dredami i w opadających spodniach? Też takie sobie. Amerykanin nałoży kapelusz, buty kowbojskie i będzie opowiadał o pionierach, o konstytucji, o wolnym świecie. A Polak? Jaka jest jego własna opowieść, którą chce przekazać światu?"
Nie wiem, jaką "opowieść" chciałby usłyszeć lub zobaczyć Legutko - taką w stylu Tarantino czy może braci Cohen? Mnie mimo wszystko imponują pełne Kościoły, schludnie ubrane Polki, całkiem nieźle odziani Polacy, czy po prostu inteligentni ludzie buszujący po księgarniach czy blogosferach :) O ile bowiem amerykańskie stories sa niezbyt skomplikowane (choć fenomenalnie opowiedziane, zgadzam się), to polskie jak najbardziej. Oczywiście, nie mam na myśli tak ładnych a jednocześnie zakłamanych filmów, jak choćby "Korowód" Stuhra, w którym PZPR-owski rektor okazuje się człowiekiem większego charakteru niż naukowiec-solidarnościowiec. Może po prostu czekamy wciąż na polskie stories? Może trzeba brać poprawkę na pewne silne środowiska, które pracując nad mitologią III RP nie pozwalają na opowieści, które nie mieszczą się w kanonie lektur wyznaczonych przez kolegium nagrody Nike itp. gremia oświeconych? Czy np. historia Herberta to byłaby zła polska opowieść? A historia Karola Wojtyły? A Gana Ganowicza? A Nila Fieldorfa lub rotmistrza Pileckiego, sięgając wstecz? Wydaje mi się, że opowieści jest wiele, tylko czekają one na "ekranizację" lub inne ucieleśnienie. Polakom do tej pory nie pozwolono nacieszyć się polską historią, ponieważ od samego "nowego początku" (1989) Polacy musieli za swoją historię przepraszać, a w każdym razie nie wychylać się z nią, by nie być posądzonymi o nacjonalizm czy inną ksenofobię.
Legutko z zaskakującą dla mnie idiosynkrazją mówi o dzisiejszej Polsce:
"Komunistyczne barbarzyństwo doprowadziło do niewyobrażalnego zbrzydzenia kraju. A teraz co? Lepiej? Wcale nie. Raczej kontynuacja brzydoty, choć ucywilizowana. Wydawało się, że przynajmniej jedna warstwa społeczna powinna zachować ciągłość z okresem przed PRL-owskim – księża. Ale proszę zobaczyć, jak wyglądają nowe kościoły, i to, co się dzieje w starych... Jaki jest estetyczny emblemat Polski po 1989 roku? Te nowe wieżowce w Warszawie? Mamy być dumni z tego? To jest odzwierciedlenie stanu polskiej duszy? Straszne."
A czytając to nie mogę zrozumieć, o co Legutce chodzi. Co do diagnozy komunizmu - pełna zgoda, ale co do współczesności? Ileż to pięknych Kościołów i rozmodlonych, eleganckich ludzi widziałem nie tylko przez Wielkanoc. Iluż to księży jest dziarskich, pomysłowych, a jednocześnie ortodoksyjnych, twardych, niezłomnych.
Ale przede wszystkim: o ile można się czepiać polskiej duszy, że ma w sobie jakieś ponure pozostałości człowieka sowieckiego (nawet w hipermarketach ludzie potrafią w kolejkach zachowywać się czasami jak w społemowskich sklepach, ale i to już jest rzadkość), o tyle nie można nie dostrzegać pewnego większego luzu Polaków, optymizmu, radości życia (pomijam już cały bagaż polityki, bo to osobna kwestia). Tego wcześniej nie było. I to nie jest ta mentalność, co na przełomie lat 80. i 90.
Piszę o tym wszystkim z pewnego rodzaju zadumą, ponieważ nie spodziewałem się, że czytając Legutkę natknę się na aż tak pesymistyczne oceny. Owszem, Polska nie jest piękna, gdy się pojedzie na prowincję czy choćby na peryferie Warszawy, ale to jeszcze nie jest powód do twierdzenia, że wszystko jakoś legło w gruzach. Brak mi w tej wizji Legutki jakiejkolwiek nadziei i wiary w możliwości ludzkie. Skoro byliśmy w stanie - drogą wielu wyrzeczeń (vide tzw. reforma Balcerowicza) - nieco podźwignąć ten zapadły kraj z ruin, to może jesteśmy też w stanie podźwignąć go kulturowo. Może to nie jest aż tak trudne, jak Legutce się wydaje :)


Komentarze
Pokaż komentarze (60)