W chwilach historycznej próby zawsze można liczyć na artystów. Tak było za komunizmu i tak jest za postkomunizmu, w którym kariery większości artystów wspieranych przez Agorę SA i "Salon" łączą się z wyrażaniem określonych, poprawnych postaw ideowych czy politycznych. Postawy te zaś są skrupulatnie nagradzane (spontaniczną) promocją takich artystów i ich celebrowaniem na salonach.
Nie powinien więc nikt rozsądnie myślący się dziwić, że naraz skrzykują się polscy obywatele-artyści, by przepraszać opinię publiczną postępowego świata za skandaliczne orędzie prezydenta (http://www.dziennik.pl/polityka/article143991/Znana_pisarka_przeprasza_gejow_za_prezydenta.html).
Tradycja przepraszania za własny kraj należy do kanonu zachowań artystów pierwszej linii frontu i być może za tego typu akty ekspiacji doceniają potem takich postępowych ludzi sztuki przeróżni mecenasi poza granicami, a przecież pecunia non olet. O. Tokarczuk, sygnatariuszka listu protestacyjnego, to można powiedzieć, jeden z najdobitniejszych przykładów sukcesu wbrew talentowi, ale przecież od czego jest siła mediów imperium Michnika. "Znana pisarka" jest jednak do tego stopnia już przekonana o swojej historycznej roli, że zabiera się za formułowanie takich o to napomnień:
"Wolimy, żeby prezydent Kaczyński nie ośmieszał Polski - niech, skoro już musi, ośmiesza siebie i swoją przegraną formację polityczną".
Nic dziwnego, że zaraz zbiegło się całe salonowe towarzystwo, od I. Krzemińskiego, poprzez S. Kowalskiego, na A. Graff kończąc. Ponoć 600 luda podpisało ten akt ekspiacji. Czy ci obywatele-artyści (bo i Krzemińskiego możemy za takiego ekspresjonistę uznać) pisali jakiś list protestacyjny do rodzin katyńskich, gdy A. Kwaśniewski pijany w sztok zataczał się nad grobami polskich oficerów? Nie przypominam sobie. Co innego jednak Charków, a co innego pokazanie gejowskiego "ślubu". Gdzie Rzym, a gdzie Krym, prawda? O Charkowie pies z kulawą nogą nie słyszał na świecie, ale o gejach? I to "pobierających się"?
W tym samym numerze "Dziennika" (on-line), znany obywatel-artysta, J. Pilch, który ze swego zamiłowania do alkoholu uczynił sztukę, choć doprawdy do W. Jerofiejewa mu bardzo daleko, tak podsumowuje współczesną Polskę:
"Udawajmy, że śmierdzimy bardziej. Jest to, ma się rozumieć, żądanie heroiczne. Nie podołają mu zaściankowi krzykacze, ksenofobiczne łby i parlamentarne warcholstwo. Wziąć tę powinność na siebie muszą najtęższe umysły, najwybitniejsze autorytety, najznamienitsze filary salonu.
Skoro jesteśmy dnem - wzmacniajmy dno, budujmy dno. Dno masywne, niezachwiane i - koniecznie - z betonową wylewką. Nawet nie idzie o to, że od porządnego dna ktoś się kiedyś porządnie odbije. Być może, ale niekoniecznie. Niezbicie natomiast porządne, masywne, twarde, betonowe dno prędzej czy później stanie się fundamentem. Wtedy w prasłowiańskich gaciach wychodzić będziemy rankiem przed szałasy, a z podnoszących się mgieł wyłaniać się będzie z wolna - leżąca u naszych stóp - Europa."
(http://www.dziennik.pl/opinie/article143979/Pilch_Jestesmy_zadupiem_Europy.html)
Brzmi znajomo? Tak jak kiedyś przedakcesyjne upiorne wizje Polski jako "muzeum chłopstwa" kreślone piórem prof. M. Króla w "Rz"? Mijają lata i ci ludzie piszą tak samo, mówią tak samo i myślą tak samo? Tak, bo za to właśnie są nagradzani na salonach postępowców tu i tam.
Pilch twierdzi, że "jesteśmy zadupiem Europy", a list Tokarczuk i 599 sprawiedliwich też tę tezę implicite formułuje. Ja powiem jednak tak, że jesteśmy "zadupiem Europy" dzięki konsekwentnej wieloletniej pracy po 1989 r. tego typu obywateli-artystów, którzy awansowali do elit intelektualnych drogą salonowego mianowaństwa. Ich czas przeminie tak samo, jak kariery czołowych twórców socrealizmu, którzy byli pewni, że boga-Stalina za nogi złapali. I być może wtedy stopniowo zaczniemy wychodzić z zadupia postkomunizmu.


Komentarze
Pokaż komentarze (98)