Trudno określić, kto sprawił, że media z dnia na dzień pokochały PiS oraz "braci Kaczyńskich", a politycy przestali rzucać inwektywami na kaczystów. Niby rozmowy "na szczycie", niemalże jak w Reykjaviku, trwały kilka godzin, to z wywiadu udzielonego przez D. Tuska "Polsce" dowiedzieć się można, że obiad był dobry, L. Kaczyński jest mistrzem dygresji, a także, że spacerowali po plaży. Domyślam się, że dziennikarkę "Polski" niewiele więcej interesuje (http://www.polskatimes.pl/2,29569.htm?listpage=2), ale mnie tak.
Ciekawi mnie, kto za tym "zwrotem akcji" stoi i jakoś odpowiedzi na to pytanie nie sposób uzyskać. Po spotkaniu premiera i prezydenta obwieszczono sukces, jakby nas ponownie do UE przyjęto (tym razem już na serio, a nie na jaja, jak do tej pory), jednakże najwięcej na temat owego sukcesu mieli do powiedzenia wzruszeni niemal do łez (z radości) przedstawiciele PO, a nie PiS-u. W trakcie porannej, idiotycznej jak zwykle, nasiadówy u M. Olejnik, P. Gosiewski mówił nieskładnie, jakby nie wiedział, jakie jego partia zajmuje stanowisko. Twierdził m.in., że PiS domaga się ustawy, tak czy tak, a rezultaty spotkania na szczycie należy traktować jako wiążące w sensie "wyznaczenia kierunków".
Z tego jednak, co dochodziło do nas wczoraj zewsząd, wynikało, że Tusk przeforsował rządową ideę ratyfikacji, a nie tę, jaką proponował PiS czy prezydent, a w myśl projektu rządowego nie było i nie ma mowy o ustawowym zabezpieczeniu. Co więcej, Tusk w swym enigmatycznym wywiadzie, mówi wprost o tym, że nie chce, aby pękł PiS, co potwierdza tezę, że jednak "kompromis" dla części posłów tej partii będzie nie do przyjęcia. Oczywiście, nie należy wierzyć Tuskowi, że nie chce takiego pęknięcia, ponieważ, prezent w postaci rozpadu ugrupowania J. Kaczyńskiego ułatwiłby "tęczowej koalicji" uzyskanie "absolutnej władzy" w państwie, a przecież od samego początku o to chodzi. Odkładając jednak na bok intencje Tuska, chciałoby się zapytać o to, czy sam prezes PiS-u zdaje sobie z niebezpieczeństwa, jakie grozi jego partii, czy też wkalkulował je w ryzyko przetrwania?
Tymczasem dzisiaj Gosiewski zaczyna otwarcie mówić o kompromisie, którzy budzi zadowolenie i o tym, że będzie jakaś (obiecana niby przez premiera) ustawa zabezpieczająca, chociaż, jak słusznie zwraca uwagę "NDz", chodzi o ustawę zupełnie inną niż ta, którą proponował PiS, a poza tym nie wiadomo, kiedy ta inna ustawa (dot. współpracy Sejmu i Senatu w kwestiach unijnych) miałaby zostać znowelizowana (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080331&id=po01.txt). Więc, co tu dużo gadać, cieszyć się nie ma za bardzo z czego, gdyż nic konkretnego PiS nie uzyskał, a każdy, kto śledzi uważnie zwł. polskie życie polityczne wie, że na zapewnieniach polskich rządzących nigdy nie należy polegać. Czyżby PiS naprawdę uwierzył w dobrą wolę PO? Brzmiałoby to śmiesznie, gdyby nie było takie straszne.
Jeśli dodamy do tego ekspresowe tempo związane ze zwoływaniem nadzwyczajnego posiedzenia sejmu, to scenariusz bieżących wydarzeń staje się jeszcze bardziej niepokojący niż zaćmienie PiS-u. Oczywiście, tłumaczy się nam, że chodzi o wzmocnienie pozycji prezydenta na najbliższym, bukaresztańskim szczycie NATO, ale co ma piernik do wiatraka, to nie wiem. Czy zwłoka w ratyfikacji cokolwiek zmieniłaby w porządku obrad przedstawicieli państw Paktu Północnoatlantyckiego?
Zdaję sobie sprawę, że to, co dzieje się naprawdę, jest przed nami zakryte, gdyż politycy polscy przyzwyczaili nas do tego, że nie należy im nigdy ufać i zawsze darzymy ich najwyżej warunkowym zaufaniem, które wcześniej czy później zostaje wystawione na jakąś próbę. Toteż nie mając pełnych danych możemy starać się dokonywać rekonstrukcji tego, co jest ukryte, obserwując uważnie pląsy polityków, którzy udają, że nic się nie dzieje, a nawet, że wszystkim żyje się lepiej.
Funkcjonariusze "GW" z przejęciem prowadzą nasłuch RM i zaraz publikują swoje rewelacje (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5072077.html), jakby stwierdzenie o ratyfikacyjnym pośpiechu polityków było wyrazem histerii "środowisk antyunijnych", czyli jakby kwestia dokładnego przeanalizowania korzyści i ewentualnych niebezpieczeństw związanych z ową ratyfikacją nie należała do podstawowych problemów współczesnej polskiej polityki. Dla imperium Michnika na pewno nie jest to zagadnienie do dyskusji, ale czy dla PiS-u też?
Przysłowie mówi: "lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu". Chciałbym zobaczyć, jakiego wróbla trzyma PiS.


Komentarze
Pokaż komentarze (107)