Gdy tak człowiek parę dni jest odstawiony od mediów i codziennej młócki pseudonewsów serwowanych przez mainstream, to powrót do tej rzeczywistości jest niezwykle bolesny. Zaznał go każdy, kto wyjechał na dłużej z Polski i ląduje na jakimś dworcu PKP czy PKS, i zaraz ma dość "tego kraju".
Feta, z jaką ogłoszono powstanie portalu Polska XXI byłaby uzasadniona, gdyby faktycznie powstawało coś nowego, nowatorskiego, odkrywczego, intrygującego, oszałamiającego i porywającego. Z jednej strony twierdzono, że to już zaczątek kolejnej partii politycznej (biada więc istniejącym), z drugiej, że nareszcie forum debaty publicznej, o jakim marzyliśmy. Ja zaś się zastanawiałem, po jaką cholerę ludzie, którzy i tak są w mediach dość często, a swój (mniejszy bądź większy) wpływ na życie polityczne ujawniają od wielu lat, udają naraz przed całym światem, że tworzą ex nihilo nową koncepcję Polski? Czy chodzi im o młodzież, która niewiele wie i niewieloma rzeczami się interesuje, więc może zachwyci się ideą konstrukcji elektronicznej Polski XXI wieku, czy może o tychże ludzi, których pamięć sięga jedynie ostatnich wyborów parlamentarnych i ewentualnie ostatniego odcinka któregoś z seriali familijnych w polskiej telewizji?
W. Sadurski, którego przecież schrupałbym z kopytkami, zadaje całkiem dorzeczne pytanie: do kogo właściwie ten portal jest skierowany i ja też sobie zadaję to pytanie (http://wojciechsadurski.salon24.pl/69191,index.html). Oczywiście, z tego, że NIE DO MNIE, jeszcze nic nie wynika. Ale, jeśli, jak twierdzą pomysłodawcy, nie chodzi o tworzenie nowego bytu politycznego, to o co chodzi. O DEBATĘ? Jeśli tak się dobrze zastanowić (ja do takich głowiących się buców należę), to przecież od 1989 r., kiedy to uznano, że w Polsce coś się stało, choć ja po dziś dzień nie wiem, co, toczy się tu nieustanna, jakaś surrealistyczna debata polityczna, jakaś mieszanina witkacowszczyzny z literaturą przyjaciela F. Castro, czyli Marqueza (Jesień patriarchy) i przekleństwem Polski jest właśnie to, że końca tej piekielnej debaty nie widać! Wciąż i wciąż zgłaszają się nowi-starzy prelegenci do dyskusji i nie ma żadnego odważnego, kto by powiedział: ludzie, nareszcie niech ktoś te wszystkie genialne koncepcje przekuje na realne stosunki społeczne i na realną konstrukcję państwa! Powstrzymać nareszcie tę nieustanną gadaninę! Zaczyna to wszystko bowiem przypominać jeden wielki wiec, a nie jakiekolwiek próby udoskonalania państwa.
Ja oczywiście - w przeciwieństwie do Sadurskiego - jestem za zupełnie nową konstytucją dla Polski, ale z drugiej strony - w przeciwieństwie do Polaków XXI wieku - wcale nie mam pewności, czy ci ostatni są w stanie taką porywającą konstytucję opracować. Zresztą - znowu, na rozum buca do sprawy podchodząc - co nam po jakiejkolwiek konstytucji, gdy polskie realia mają się nijak do jakichś racjonalnych koncepcji państwa? Możemy sobie opracować konstytucję nawet lepszą od amerykańskiej (nawet z pomocą Sadurskiego), co z tego jednak, jeśli nadal będziemy tkwić w realiach republiki bananowej?
Problem Polski bowiem, to wcale nie kwestia jakichś projektów politycznych, których już poznaliśmy dziesiątki, jeśli nie setki (w tym projekty i Śpiewaka, i Staniszkis, żeby nie szukać daleko), ale to, by nareszcie ktoś zaczął doprowadzać ten kraj do porządku. Co gorsza, problem Polski, to nie to, że jest nadmiar projektów, lecz to, że mamy tak nieudolnych polityków, że jedyne, co potrafią robić, to dobre wrażenie. Ale i jakby i tego było mało, to problemem jest to, że nie ma generalnej zgody wśród tychże polityków na to, czy obecna Polska ma być kontynuacją peerelu, czy nie.
J. Rokita na swoim blogu stawia nagle swoje politologiczne pytania i hipotezy tak, jakby sam przez ostatnie lata przebywał za granicą (http://www.polskaxxi.pl/Blogi/Jan-Rokita/Po-raz-pierwszy-w-zyciu-otwieram-blog) i jakby nigdy nie był u władzy. Nie wiem, więc, czy to jest taka formuła blagi na blogu, czy takiego "nowego otwarcia", w myśl którego wszyscy zaczynamy patrzeć na Polskę tak, jakby ostatnich około 20 lat nie było. Pamiętam, gdy kiedyś na spotkaniu z T. Lisem (za czasów kaczystów), gdy ostro wojował z ustawą lustracyjną i rządami PiS-u, zapytałem go na takim publicznym spotkaniu o to, co właściwie nowego mają do zaoferowania ludzie, typu Tusk, Rokita, Komorowski itd., skoro w taki czy inny sposób przecież byli oni już u władzy i żadną nadzwyczajną skutecznością się nie wykazali? Lis mnie wyśmiał, twierdząc, że teraz będzie inaczej.
Tymczasem inaczej być nie może. Nie ma bowiem innego Tuska niż ten, którego widzieliśmy "liczącego głosy" w 1992 r., ani innego Rokity niż ten, jaki był za czasów Suchockiej, ani też innego Komorowskiego niż ten, jakiego do bólu znamy od czasów jego stacjonowania choćby w UW. Od blisko 20 lat mamy najrozmaitsze konstelacje polityczne, które nie wnoszą radykalnej zmiany ani do rządzenia, ani do ustroju naszego państwa, a jedynie nieustające "prace remontowe" związane z przebudową peerelu. Jednocześnie powtarza się nam, jak kompletnym matołom, że peerel dawno się skończył i tak naprawdę już jesteśmy obiema nogami na Zachodzie, choć, jak ktoś przejedzie się po polskiej prowincji, to widzi, jak ten Zachód naprawdę wygląda. Prof. M. Król wieszczył przed akcesją, że gdy nie wejdziemy do UE, to bidne chłopy o zachodzie słońca będą się wlec za pługiem i koniem w polskim muzeum chłopstwa, a tymczasem wystarczy wyjechać nieco za Warszawę w stronę Lublina i AD 2008 dalej takich chłopów się zobaczy. Trzeba naprawdę nieźle zmrużyć oczy, by dostrzec jakikolwiek skok cywilizacyjny Polaków porównywalny ze standardem życia Brytyjczyków, Francuzów czy nawet Niemców. Jeśli więc jesteśmy daleko w tyle, to ("na litość Boga!", jak wykrzykuje Pitera w medialnych aktach strzelistych) nie udawajmy, że konstruujemy "nowy, wspaniały świat".
Debat politycznych z udziałem polityków mam po dziurki w nosie, przyznam szczerze, gdyż podtrzymują one iluzję życia politycznego w naszym kraju, które na dobrą sprawę ugrzęzło w nierozwiązanym fundamentalnym sporze, czy peerel był polskim państwem, czy nie. Jeśli był, to faktycznie, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko budować socjalizm z ludzką twarzą, co zresztą niedoścignionym marzeniem wielu PZPR-owców było. A jeśli nie był, to niech raz na zawsze klamka zapadnie, niech wieko nad grobowcem zostanie zatrzaśnięte i zacznijmy konstruować państwo na zdrowych fundamentach wolności, sprawiedliwości i prawdy w życiu gospodarczym i publicznym.
Cholera, byłoby to piękne, gdyby w Polsce było wykonalne.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)