Kiedyś mój przyjaciel opowiadał mi, jak za czasów studenckich miał kolegę, który, idąc na imprezę, zamiast prysznica, stosował strategię spryskiwania się dezodorantem po swetrze i kurtce. Efekt świeżości miał zapewniony, można powiedzieć. Podobne odświeżenie, obawiam się, proponuje J. Rokita, pisząc o potrzebie "uszlachetniania demokracji".
O ile jestem w stanie zgodzić się, że generalnie powinno się dążyć do tego, by było nam lepiej, by ludzie byli lepsi, by politycy byli uczciwi, by w telewizji nie było kompletnego chłamu i badziewia, byśmy lepiej zarabiali, a mniej żyli na kredyt, by nam dzieci nie chorowały, by na drogach było bezpiecznie i by w Polsce żyło się dostatniej - o tyle wydaje mi się, że po pierwsze nie ma żadnego porównania między systemem politycznym w Polsce, a demokracjami np. w UK czy Francji oraz po drugie, że drogą do uszlachetniania demokracji w Polsce nie jest odmalowywanie trawy przed budynkiem, lecz totalna rozwałka tego budynku. Można by się kusić o porównania z realiami niemieckimi (wszak pół państwa niemieckiego, to była komunistyczna republika pod kuratelą ZSSR), ale przecież po pierwsze, Niemcy dokonali gruntownej dekomunizacji (nie tylko połączonej z ujawnieniem archiwów bezpieczniackich, ale nawet z degradacją "enerdowskich ludzi nauki"), a ponadto z Zachodnich Niemiec mieli masę specjalistów, którzy mogli w sposób normalny przywrócić spustoszone przez komunizm landy do porządku. Osobną kwestią jest to, że nawet potęga Zachodnich Niemiec nie pozwoliła zasypać podziałów mentalnych i kulturowych wytworzonych przez komunizm i wciąż ze spuścizną nieludzkiego systemu jakoś się Niemcy borykają, jednakże ich problemy można porównać do leczenia powracającej grypy, a nie do zwalczania państwowej choroby nowotworowej, jak to mamy w Polsce.
J. Rokita, przedstawiając szeroki kontekst "uwiądu" demokracji zachodnich (http://www.polskaxxi.pl/Projekty/Konstytucja-Panstwo/Uszlachetnic-polska-demokracje), nie wiedzieć czemu, sytuje w nim także ustrój naszego kraju i - odwołując się do myśli T. Pangle'a, proponuje odnowę w następujący sposób:
"W polskich warunkach trzeba [ją - przyp. F.Y.M.] podjąć na rożnych frontach. Ale najbardziej długofalowo obiecujący wydaje się właśnie front konstytucyjny. Niezwykła bowiem właściwość ustawy konstytucyjnej pozwala nadać krótkim i prostym językowym formułom do niej wpisanym ową moc, która jest zdolna przenicować życie kraju. Doświadczyliśmy chociażby takiej mocy formuły demokratyczne państwo prawne, która istotnie wpłynęła na dzisiejsze ustrojowe oblicze kraju. Brak w konstytucji prostych zdań o etycznych filarach państwa czyni nas więc bezsilnymi wobec zwykłej niegodziwości ludzi władzy. I odwrotnie – nadanie owym prostym zdaniom konstytucyjnej mocy da nam możliwość - nie pewność – ustanowienia bardziej godziwego państwa. "
Można odnieść wrażenie, że Rokita zapomniał już nie tylko, że nie uporaliśmy się z dziedzictwem peerelu, ale i że nie zamknęliśmy za sobą III RP - tak jakby sprawa zabójstwa K. Olewnika przez SLD-owską mafię nie była mrocznym memento dla wszelkich projektodawców nowego polskiego porządku prawnego.
Rokita stawia w finale swoich politologicznych rozważań retoryczne pytania:
"...czy potrafimy podjąć wysiłek uszlachetnienia polskiej demokracji? Czy mamy na tyle narodowej virtu, aby nałożyć samym sobie gorset podwyższonych standardów? Czy Polska XXI wieku może mieć jakąś odpowiedź na zarzuty Platona sprzed 2,5 tys. lat, które dziś przecież stały się zarzutami stawianymi przez naszych obywateli?" -
i można odnieść wrażenie, że te pytania są na serio. Czyli, że naprawdę wierzy on, że formuła zredefiniowania dajmy na to "służby publicznej" może doprowadzić do poprawy nie tylko sposobu sprawowania władzy w Polsce, ale i do jakiegoś zreformowania porządku społecznego.
O zasadności takiej interpretacji mogą świadczyć zamieszczone nieco wyżej uwagi Rokity:
"Konstytucja bowiem formułuje niektóre obowiązki zwykłych obywateli (np. w dziedzinie podatków, służby wojskowej, czy ochrony środowiska), nie nakłada natomiast żadnych szczególnych zobowiązań na wyższych funkcjonariuszy publicznych. Przeciwnie, części z nich (np. posłom, sędziom) zapewnia przywilej nieodpowiedzialności, zaś generalnie, nie zapobiega rozlewaniu się w różnych aktach prawnych niższego rzędu, dziesiątków rozmaitych przywilejów władzy. Najbardziej szkodliwy jest brak, podstawowej dla etyki życia publicznego normy konstytucyjnej, która by definiowała sprawowanie wysokich funkcji – tak w instytucjach państwa, jak i w publicznym sektorze gospodarczym – jako służbę publiczną i zakazywała czerpania z tego tytułu niezwyczajnych przywilejów. Ustanowienie takiej normy otworzyłoby nową i niezwykle wartościową ścieżkę orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby oceniać różnorakie przepisy z perspektywy ich konsekwencji etycznych. Precyzowanie standardów służby publicznej drogą etycznego orzecznictwa Trybunału z dwóch co najmniej powodów jest lepsze, od ich kazuistycznego stanowienia w szczegółowych aktach prawnych."
Wydaje mi się jednak, że to, co on proponuje wygląda raczej na jakąś technokrację, skoro kontrolę nad jednymi (np. nieuczciwymi) urzędnikami publicznymi sprawowaliby jeszcze inni (w domyśle, uczciwsi) urzędnicy, dysponujący narzędziami pozwalającymi standaryzować działalność publiczną pod względem etycznym. Wszystko to pięknie, tylko gdzie się podziewa zwykły obywatel, czyli buc, jak ja?
O ile dobrze sobie kojarzę podstawy amerykańskiej demokracji, to wiążą się one z (momentami doprowadzoną nawet do przesady, ale zdrowej, bo urzędnicy mają skłonność do emancypacji, jak wiemy) kontrolą obywatelską nad działalnością najrozmaitszych instytucji. Tymczasem Rokicie najwyraźniej chodzi, żeby ustanowić odpowiednie standardy tejże działalności, a potem, by światłe elity oceniały, na ile ta działalność nie odchodzi od konstytucyjnie ustalonych standardów. Owszem, można powiedzieć, że w ustrojach, że tak powiem, zdrowo-demokratycznych takie dodatkowe zabezpieczenia mają jakieś uzasadnienie, o tyle w republice bananowej wyglądać mogą jedynie jak zasady zachowania się w jakimś zamkniętym, ekskluzywnym klubie dżentelmenów. Ewentualnie, w nieco gorszym wypadku, jak kpina.
Jeśli bowiem realia w "tym kraju" wyglądają tak, że lokalna, czerwona mafia, jeśli nie płaci się jej haraczu, porywa kogoś dla okupu, a następnie nawet śledzi przebieg dochodzenia przeciwko porywaczom, być może dzięki osłonie ze strony ówczesnego, komunistycznego szefa MSW, R. Kalisza, to mówienie o redefiniowaniu służby publicznej przypomina do złudzenia sytuację pryskania dezodorantem po odzieży. Możemy sobie napisać konstytucję nawet lepszą niż 'American Dream', a czerwona pajęczyna dalej będzie się rozrastała.


Komentarze
Pokaż komentarze (50)