Na czym powinna polegać polska polityka historyczna? Na tym, by nikogo nie drażnić. Nie drażnić Rosjan, bo to nasz wielki i ważny sąsiad, nie drażnić Niemców, bo to nasz unijny adwokat (swoją drogą, ciekawe, kiedy ten adwokat upomni się o honoraria), nie drażnić Ukraińców, bo to nasz strategiczny partner, nie drażnić Izraela, bo to grozi posądzeniem o nacjonalizm, ksenofobię i antysemityzm.
Ze szczególną zaciekłością zwalczano i wyśmiewano polską politykę historyczną za czasów kaczystów, twierdząc nieustannie, że doprowadza ona nie tylko do wzmagania się nastrojów nacjonalistycznych, ale i antagonizowania Polaków z innymi narodami. Jednakże idea zwalczania polskiego patriotyzmu była wcielana w życie od samego początku konstruowania III RP. Samo słowo "naród" było traktowane jako "endecka" lub "ONR-owska retoryka", słowo "ojczyzna" miało sens jedynie w zbitce "lokalna ojczyzna" lub "mała ojczyzna" (od razu więc nacisk kładziono na eskponowanie więzów raczej z regionem niż z całym państwem czy całą wspólnotą narodową), postawę miłości do ojczyzny traktowano jako śmiechu wartą lub idiotyczną (najczęściej oszołomską), hasło "Polak-katolik" szyderczo traktowano jako inwektywę, podważano też sensowność religijnego umocowania polskiej kultury, no i bez ustanku powtarzano z głośnym przekąsem i jękiem o "polskiej martyrologii". "Wciąż ta cholerna, polska martyrologia". Ledwie nastały lata 90., a już twierdzono, że "Polacy mają dość" historii, męczeństwa, wspominania, powstań, bohaterszczyzny itd. Właściwie, jeszcze nie zdążyły były powstać jakieś poważne opracowania historyczne, a już twierdzono, że "wszystko to już wielokrotnie omawiano czy dowiedziono", "wszystko już powiedziano". Jakiekolwiek próby odbudowywania właśnie więzi narodowych, podtrzymywania pewnego rycerskiego etosu, kultywowania najważniejszych dla Polaków (a nie peerelaków) wydarzeń historycznych, tratkowano jako powrót nacjonalizmu i polskiej ksenofobii.
Ze zgoła odmienną filozofią historii podchodzono do polityki historycznej Niemiec. Niemcy, jak się okazało, mają nie tylko pełne prawo, ale zasługują na zrozumienie w realizacji tego prawa do "odkłamywania kart swoich dziejów", na których to kartach wielkimi literami zapisane są barbarzyńskie wypędzenia powojenne. Niemiecka polityka historyczna zresztą od przełomu l. 90. ruszyła z impetem, gdy przemiany w Europie środkowej zaczęto wykorzystywać do odbudowania mitologii imperium niemieckiego, które przechodzi metamorfozy idąc wciąż ku lepszej przyszłości. Jeśli ktoś pamięta jeszcze głośny film "Good Bye, Lenin", ten wie, że tam po prostu w NRD ludzie w październiku 1989 r. wychodzą na ulice i zaczynają głośno i ostro protestować, a potem obalają komunizm i mur berliński. I nie ma w tym filmie ani słowa o przemianach zachodzących wtedy w sąsiednich panstwach komunistycznych, ani słowa o "Solidarności". Przypadek? Nie, tak wygląda polityka historyczna po niemiecku i nawet gdyby to dla nas było drażniące, irytujące, a nawet może głupawe, to nam nic do tego. Niemcy sami obalili komunizm i - co trzeba im przyznać - dokonali dekomunizacji z rozmachem, na który Polaków nigdy nie było stać, choć może nie rozprawili się ze zbrodniarzami komunistycznymi tak skrupulatnie, jak z hitlerowskimi.
Podobnie nietykalna była i jest polityka historyczna Izraela i Żydów. Niech ręka Boska broni kogokolwiek, kto miałby czelność twierdzić, że w niej pojawiają się jakieś akcenty nacjonalistyczne. Polityka historyczna Ukrainy, w której nie ma mowy o tym, by uznano ludobójstwo na Wołyniu właśnie za ludobójstwo, a UPA za ludobójczą armię, a nacjonalistów ukraińskich za pomysłodawców etnicznego wyrzynania Polaków od starców po niemowlęta? Znakomicie. Tak ma być właśnie. Ba, nawet Rosjanie mają prawo do swojej polityki historycznej i mimo czasami utyskiwania rozmaitych komentatorów, to generalnie nie przeszkadzają nikomu ani akcenty prosowieckie (otwarcie odwoływał się do nich W. Putin) ani nacjonalistyczne czy imperialne.
Jak może wyglądać polska polityka historyczna? Przede wszystkim na liczeniu się z polityką historyczną innych nacji. Na przykład w tak,i sposób jak pokazał to nagrodzony gromkimi oklaskami na pokazach w Moskwie, film "Katyń", w którym oficer armii czerwonej nie tylko ukrywa przed NKWD Polkę, będącą żoną jednego z katyńskich oficerów, ale nawet proponuje jej fikcyjne małżeństwo, bo jako "żona oficera armii czerwonej" będzie bezpieczniejsza. Czy można sobie wyobrazić większy historyczny absurd? Można, tylko trzeba trzymać się w polskiej polityce historycznej podstawowej, świętej zasady: nie drażnić. Nikogo nie drażnić.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)