Dlaczego w Polsce nie przeprowadzono dekomunizacji? Bo w naszym kraju nie było komunizmu. Dlaczego się nie sądzi komunistycznych zbrodniarzy? Bo "komunistyczne zbrodnie" to termin nie posiadający żadnego desygnatu.
Tak należy zinterpretować decyzję Sądu Najwyższego dot. stalinowskiego prokuratora K. Graffa ścigającego "wrogów ludowych", o której obszernie pisze "Rz" (http://www.rp.pl/artykul/121402.html) i którą komentuje na jej łamach B. Wildstein (http://www.rp.pl/artykul/121287.html) oraz w s24 M. Szułdrzyński (http://michalszuldrzynski.salon24.pl/70513,index.html).
Byłem kiedyś, parę lat temu, na uroczystościach patriotycznych z udziałem R. Kaczorowskiego, ale niestety nie udało mi się dopchać do ostatniego (po K. Sabbacie) prezydenta Polski na Uchodźstwie, by go zapytać: jak to się stało, że przekazał on w grudniu 1990 r. insygnia władzy L. Wałęsie, gdy ten został wybrany na najwyższe stanowisko państwowe. Dzisiaj zresztą to pytanie zadałbym mu ponownie, gdyż to pytanie, można powiedzieć, jest podstawowe, w sytuacji, w której utrwala się ciągłość prawna między III RP a peerelem, a nawet zaciera się różnica między obecnym porządkiem państwowym a poprzednim, czego dobitnym przykładem jest w/w decyzja SN.
Nie było żadnych poważnych podstaw do twierdzenia, że Polska w 1990 r. jest w pełni niepodległym krajem, ponieważ ani istniejący wówczas parlament nie pochodził z wolnych wyborów, ani okupacyjne wojska armii sowieckiej nie stacjonowały poza granicami naszego kraju. Nie należało więc symbolicznie (ani w żaden inny sposób) legitymizować zaczątków nowej władzy i nieustabilizowanego jeszcze porządku prawno-państwowego. Po dziś dzień nie wiadomo, które wydarzenie można uznać za jakąś cezurę III RP, ale nie należy się tym przejmować, ponieważ żadna specjalna cezura nie jest potrzebna. III RP stanowi naturalne, instytucjonalno-prawne przedłużenie "Ludowej Polski" i jako takie państwo powinna być przez nas interpretowana. Nie uważam też, by wypracowana we współpracy z komunistami (!) Konstytucja RP z 1997 r. to było coś, czym możemy się, jako obywatele, chlubić, jak Amerykanie swoją konstytucją. W tym też kontekście wchłonięcie nas przez struktury superpaństwa unijnego niewiele zmienia z punktu widzenia konserwatysty.
Już to raz napisałem, ale powtórzę - od początku przemian związanych z "historycznym kompromisem", nie chodziło o radykalne odcięcie się od spuścizny komunistycznej Polski, ale o odcięcie się od Polski międzywojennej, czyli II RP. Jedynie środowiska radykalnie antykomunistyczne, które nie uznawały żadnego kompromisu z czerwonymi (czy ktoś pamięta np., jak Solidarność Walcząca nawoływała do bojkotu konraktowych wyborów w 1989 r.?), konsekwentnie i otwarcie głosiły konieczność prawno-instytucjonalnego nawiązania do II RP, tak by oficjalnie potraktować peerel jako okres okupacji sowieckiej, państwowości satelickiej i po prostu dominacji Rosjan nad naszym krajem. Tego typu poglądy i głosy od zarania III RP uznawane były za totalne oszołomstwo i skutecznie zwalczane bądź wyśmiewane. Pamiętne przemówienie T. Mazowieckiego z ideą nierozliczania przeszłości komunistycznej było kamieniem milowym tejże właśnie ideologii rekonstrukcji peerelu, do której to rekonstrukcji włączono samych komunistów, gwarantując im miękkie lądowanie w służbach specjalnych, biznesie, mediach, sądownictwie, rozrywce etc., a przede wszystkim w polityce. Osłupiałym Polakom tłumaczono, że komuniści nie są już tacy jacy byli (a właściwie, to że żadnych komunistów ani komunizmu nie było, a jedynie "wesoły barak"), nie są groźni i kochają Polskę jak niekomuniści, tłumaczono, że ważniejsza jest "droga budowy" niż "zemsty", "odwetu", "przelewu krwi" (tak jakby ktoś się garnął do wieszania czerwonych), że "świat nas podziwia za pokojowe reformy" i przede wszystkim, że czas się wziąć do roboty, a nie rozliczać kogokolwiek.
Z biegiem lat, komuniści uzyskali nie tylko realne wpływy na bieg historii, ale wzięli się za skuteczną ochronę swoich interesów, także tych, jakie prowadzili za czasów peerelu. Skutecznie blokowali więc jakiekolwiek próby dekomunizacji, pozyskując zresztą do tego masę pożytecznych idiotów, których w Polsce nigdy po wojnie nie brakowało, jak wiemy, ale też blokowali jakiekolwiek próby spektakularnego osądzenia komunistycznych zbrodniarzy. Od pewnego jednak czasu sprawy idą jeszcze dalej, czego dowodem jest powyższa decyzja SN. Zaczyna się bowiem, by tak rzec, specyficzne przywracanie komunistycznej praworządności. Idealnie koresponduje to z załganą filozofią "mniejszego zła", której wyznawcą jest W. Jaruzelski. Można jednak powiedzieć tak: komuniści, jak wiemy, zawsze wybierali pomiędzy jednym złem a drugim, ponieważ wybór dobra był dla nich nie do pomyślenia, wszak idee rewolucji bolszewickiej realizowało się wyłącznie, idąc po trupach do celu. Kwestią sporną jedynie było: ile trupów potrzeba, by dana idea została wcielona - idea kolektywizacji, idea nacjonalizacji, idea urawniłowki czy idea zwalczania kontrrewolucji, reakcji i "wrogów ludu".
Decyzja SM pokazuje nam, nie tylko na jakim świecie żyjemy, ale, jaki kraj nam zmajstrowali okrągłostołowi konstruktorzy historii, która w naszym państwie po II wojnie nieustannie toczy się jakimś obłędnym kołem. Mam propozycję na przyszłość, wobec tego. Skoro bowiem zwalczanie wrogów ludu nie było żadnym przejawem zbrodniczości systemu komunistycznego, to należy tę ideę rehabilitować i dziś, bo nie tylko "wróg nie śpi", ale wrogów ludowych przybywa z dnia na dzień.


Komentarze
Pokaż komentarze (89)