Nadzieja w Irlandii, oczywiście nie tej drugiej, ale pierwszej. Oto bowiem J. M. Barroso ogłasza, że nie ma żadnego altenratywnego rozwiązania, gdyby się okazało, że Irlandczycy odrzucą w referendum Traktat Lizboński. Oczywiście, ciężko uwierzyć, że eurokracja (stanowiąca coś na wzór samozwańczej i niekoniecznie cnotliwej arystokracji Europy), nie wpadnie na pomysł ponownego rozpisania referendum w Irlandii za jakiś czas (tak jak przeforsowano tam za drugim razem Traktat Nicejski), ale najwyraźniej konstruktorzy nowego ładu na Starym Kontynencie już chyba sami są zmęczeni tymi niekończącymi się zabiegami wokół ostatecznego usankcjonowania tego ładu. Miało być tak pięknie, a wciąż idzie opornie. Byłoby z pewnością najpiękniej, gdyby parlamenty bez konieczności pytania obywateli o zdanie podejmowały te wiekopomne i perspektywiczne projekty eurokacji, gdzie niegdzie jednak, jak chociażby w Irlandii pokutują zabobony zapisane w konstytucji, a związane z tym, że to zwykli, ciemni ludzie, którzy na co dzień nie paradują w garniturach i nie rozsiadają się w służbowych limnuzynach, nie deliberują o losach świata w wykwitnych restauracjach, mają decydować o swoim losie.
Eurodemokracja oświecona stopniowo staje się systemem mającym z jednej strony cechy oligarchii, a z drugiej tyranii, toteż nie pomylił się wielce Platon uznając demokrację za równie zdegenerowany ustrój, jak te dwa pozostałe. Jednocześnie bowiem eurodemokracja oświecona występuje w przebraniu ustroju powszechnej szczęśliwości, wyrównywania nierówności, umożliwiania tego, co dotąd było niemożliwe, prostowaniu krzywego etc., choć tak naprawdę wykazuje cechy starego dobrego feudalizmu, przy czym lennikami są tutaj obywatele, zaś eurokraci pełnią rolę seniorów, którzy wielkopańskim gestem ustalają zakres i formę pańszczyzny, jaką obywatele mają odbębniać. W tym też sensie można mówić o pewnych podobieństwach z systemem komunistycznym, w którym partyjni bezpieczniacy są panami życia i śmierci niewolników stanowiących gros społeczeństwa sowieckiego, jednakże subtelności sprawowania władzy przez eurokrację, moim zdaniem, pozwalają mówić raczej o neofeudalizmie aniżeli neokomunizmie (jak to twierdzą najostrzejszy krytycy UE). Naturalnie, tym, co decyduje o zaliczeniu danego ustroju czy sposobu zarządzania poddanymi do jednej z odmian komunistycznej tyranii decyduje stopień zamordyzmu, jaki w danym ustroju jest realizowany. Jak na razie zamordyzm eurokratyczny nie jest jakoś szczególnie wielki ani spektakularny (rzeczywistość raczej Huxley'a niż Orwella), choć, co trzeba przyznać, "sprawa jest rozwojowa", jak mawiają śledczy, tzn. jeszcze wszystko przed nami i "na dwoje babka wróżyła".
UE może stać się jednym wielkim obszarem tyranii, ale nie musi. Właśnie tak, jak w feudalizmie - gdzie niegdzie się dokręcało śruby, gdzie niegdzie nie i jakoś to szło. W komunizmie natomiast śruby dokręcało się wszędzie, a jedynie z rzadka i gdzie niegdzie poluzowywało, a i to nie na długo, by "wrogowie ludu" nie podnosili łbów. W najnowszym biuletynie IPN-u (poświęconym Wolnym Związkom Zawodowym) nieoceniony dr S. Cenckiewicz przypomina jak bezpieka dbała o to nawet, by na rynek podziemny trafiały publikacje o charakterze bardziej radykalnym od tych, które wydawało niekoncesjonowane podziemie, po to, by dezawuować radykalizm inicjatyw bezdebitowych. Warto zresztą poczytać także Cenckiewicza, gdy pisze o bezpieczniackich kontekstach okrągłego stołu (http://www.videofact.com/polska/cenckiewicz16.htm).
Wracając jednak do eurokracji. Oświeceni od lat już twierdzą, że dla dobra obywateli najlepiej jest, jak decyzyje podejmują "seniorzy", którzy po pierwsze są ekspertami (obywatele się nie znają na wielu sprawach), a po drugie profesjonalistami (seniorzy zajmują się zawodowo, wszechstronnie i sumiennie sprawami zwykłych ludzi, na co obywatele nie mają czasu). Oświeceni i wiedzą więcej, i widzą dalej niż przeciętny obywatel zajęty codzienną krzątaniną. Nic więc dziwnego, że w konsekwencji oświeceni głoszą konieczność scedowania na nich co poważniejszych decyzji o losach nieoświeconych. I, co ciekawsze, część obywateli zaczyna myśleć: a właściwie, co w tym złego, niech się głowią mądrzejsi, niech ktoś inny załatwia te najpoważniejsze sprawy, my mamy swoje obowiązki. To nie jest jeszcze myślenie człowieka sowieckiego, który, żyjąc w jarzmie, wiedział, że o niczym nie może decydować, ponieważ partia racjonuje porcje żywnościowe i inne dobra, a co krytyczniejszych niewolników okłada batem, by ten przykład przemawiał do mniej krytycznych obywateli. W ustroju komunistycznym można powiedzieć, trwa niekończąca się resocjalizacja przez niewolniczą pracę, opłacaną marnie, bo i gburowatemu niewolnikowi niewiele się od życia należy (dopóki nie uzyska świadomości klasowej, która pozwala mu na awans społeczny i np. zajęcie stanowiska funkcjonariusza, który może batożyć niewolników albo nawet jakiegoś politruka, który kształtuje świadomość sowiecką innych obywateli).
W eurokracji zaś obywatel nie ma poczucia życia w jarzmie, ponieważ żyje ze świadomością, że lenno, jakie musi składać eurokratom ma niemalże charakter dobroczynny. Jeszcze zanim Polska weszła do UE, a była jedynie na etapie "dostosowywania się" (kupa śmiechu swoją drogą z tym), rozmawiałem w Danii z jednym moim dobrym znajomym i dopytywałem go: "stary, jak to jest, że wy się godzicie na takie cholernie wysokie podatki". Na co on odpowiadał ze spokojem, że owszem, podatki są wysokie, ale przecież jednocześnie są wysokie pensje ("nie to, co u was w Polsce", dodawał ze śmiechem) i co więcej, te podatki idą na wiele pożytecznych rzeczy. I właściwie, trudno odmówić słuszności takiemu rozumowaniu. Seniorzy może nas wyzyskują, ale robią to, że sięgnę do języka peokracji, "by wszystkim żyło się lepiej". W podobny zresztą sposób argumentuje się w Polsce od lat, gdy coraz to rosną koszty życia, ceny energii, żywności, wysokość składki ubezpieczeniowej itd. - podwyżki są konieczne, ponieważ dzięki temu można instytucjonalnie, profesjonalnie "pomagać wszystkim". Szewc szyje buty, by piekarz miał w czym chodzić, można by powiedzieć. Problem tylko w tym, że pomiędzy szewcem, a piekarzem jest długi ciąg urzędników, którzy ustalają, co jest butem, a co jest chlebem oraz, jaka powinna być cyrkulacja towarów na unijnym rynku, żeby nie było na przykład nadprodukcji albo, żeby coś, co nie jest butem, nie było sprzedawane jako but :)
Skoro nie ma zamordyzmu tak wielkiego jak w komunizmie, to nie znaczy, że prace nad euroświadomością nie trwają. Już legendarny G. Verheugen, gdy przybywał do Polski na oględziny, przypominał polskim nauczycielom, że trzeba budować świadomość obywatela europejskiego i to od najmłodszych, wczesnoszkolnych lat. Taki obywatel jest, jak wiemy dziś, nie tylko lennikiem, ale i "przyjacielem ozonu", kimś zatroskanym o "globalne ocieplenie", kimś, kto na hasło "homofobia" czy "ksenofobia" reaguje rewolucyjną czujnością i sięganiem po komórkę, by zadzwonić do odpowiednich służb. Socjotechniczne prace te rozbijają się jednak albo o tępotę obywateli, którzy ducha nowej rewolucji nie czują, którzy otumanieni są przez katolicką religię, albo którzy nie nadążają za dalekosiężnym konstruktywizmem społecznym eurokratów.
Barroso wzdycha nad Irlandią, ale nie grozi, jak sam przyznaje, nie chcąc nikogo szantażować (http://www.rp.pl/artykul/122032.html), gdyż seniorzy UE jeszcze nie wiedzą, czy nadal przynaglać za pomocą marchewek, czy jednak sięgnąć po jakiś grubszy kijek.


Komentarze
Pokaż komentarze (48)