Już kiedyś wspominałem, że I. Janke jest kwiatkiem do kożucha, występując w tzw. TOK FM, stacji, która z obiektywizmem dziennikarskim nie ma kompletnie nic wspólnego. Teraz chyba odkrył to nie tylko sam Janke, ale i R. Ziemkiewicz, którego zdumiewa kolejne posądzenie "Rz" i jej niektórych publicystów przez imperium Michnika o antysemityzm.
Ziemkiewicz nazywa to "sztuką szantażu", traktując sprawę jako swego rodzaju tradycję w pałowaniu przeciwników politycznych ze strony "GW" (http://www.rp.pl/artykul/125041.html), tak jakby pomówienia, dezinformacja, zniekształcanie wydarzeń, komentowanie, a nie informowanie, nie stanowiły stałego fragmentu gry uprawianej pod nazwą dziennikarstwo przez funkcjonariuszy Michnika. Zastanawia mnie, dlaczego dopiero posądzenie jakichś publicystów "o rasizm lub antysemityzm" otwiera niektórym komentatorom oczy i zaczynają dostrzegać to, co inni dostrzegli już dawno bez szkieł powiększających:
"W gronie osób pomówionych przez gazetę Michnika o antysemityzm znalazł się m.in. prof. Ryszard Legutko, którego na tej podstawie pewna gorliwa pani profesor chciała nawet usunąć z Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spytana, czy potrafi wymienić jakikolwiek konkretny przykład antysemityzmu Legutki, odpowiedziała wówczas z rozbrajającą szczerością, że nie, ale skoro tak napisała o nim „Gazeta Wyborcza”, jej to w zupełności wystarczy.",
pisze Ziemkiewicz, ale chciałoby się zapytać: co w tym dziwnego? Ba, czy Ziemkiewicz do takiej sytuacji nie przyłożył ręki? A Janke? A inni mainstreamowi dziennikarze lub komentatorzy "posądzani o antysemityzm"?
Co jest w tym zdumiewającego, że jakaś politpoprawna kobiecina na UJ staje na baczność i poszukuje doraźnego rozwiązania "kwestii antysemityzmu na UJ", skoro taką kwestię postawiła jedna z wciąż wpływowych gazet w kraju? Paradoksalnie rzecz biorąc, ta kobiecina reaguje prawidłowo, to jest tak jak za peerelu (a mamy post-peerel, przypomnę niezorientowanym), nowa "Trybuna Ludu", jaką jest dla wielu (już nie tylko postmarksistów) "GW" po prostu dało jasno i wyraźnie "coś do zrozumienia", a pracownica naukowa krakowskiej uczelni zabiera się za wykonanie odpowiedniego zadania. Głowę można dać, że po jego wykonaniu powstałby sążnisty artykuł opublikowany na łamach "GW" i skomentowany z uznaniem na innych łamach i antenach mediów imperium Michnika i sprawy toczyłby się dalej. Taka jest kolej rzeczy, jeśli uznało się, że głos "GW" to głos "ludu pracującego miast i wsi III RP".
Zaznaczyć jednak należy, że na taką wyróżnioną pozycję ta gazeta, ta redakcja i ci ludzie, nie zapracowali sami. Znalazłem wczoraj przemówienie "niezależnego dziennikarza już w 1989 r." S. Bratkowskiego, który do ciemnego luda na zachodzie mówił o sytuacji społeczno-politycznej w Polsce (przy okazji o samym sobie, jak zwykle), no i o wiekopomnej roli "GW", której, pech chciał, już wtedy (jak ze smutkiem nadmieniał Bratkowski) młodzi nie chcieli wierzyć, planując emigrację z "nowonarodzonej" Polski (http://www.wpfc.org/AL1989.html), czyli, jak to mawiał T. Mazowiecki i inni aktorzy sceny politycznej "ze swego domu". Bratkowski swoje banialuki opowiadał, żeby było śmieszniej, na wykładzie zorganizowanym przez World Press Freedom Committee, no bo, co oczywiste, "GW" to było pierwsze wolne medium w post-peerelu. Ta wiekopomność roli tego medium trwała i umacniała się przez kilkanaście lat i żaden koń się wcale specjalnie nie śmiał, mimo że sposób działania funkcjonariuszy Michnika był zawsze TEN SAM. To właśnie szeroko rozumiane środowisko dziennikarskie wywindowało ten sposób działania UDAJĄC, ŻE NIC SIĘ NIE DZIEJE albo też UDAJĄC, ŻE NIC SIĘ NIE DZIEJE, PONIEWAŻ ATAKOWANO "NIE NAS". Dopóki imperium Michnika brało sobie na celownik rozmaitych oszołomów z jakichś prawicowych "niszowych pisemek", jak to zwykle określano, NIE BYŁO SPRAWY, kiedy jednak bierze sobie "znanych i szanowanych publicystów", to już ogłasza się alarm.
A o co ten krzyk? Albo inaczej: czy nie należało z tym protestem odezwać się dużo wcześniej? Pamięta ktoś jeszcze słynne wyjście A. Jakubowskiej ze studia w trakcie trwania telewizyjnych "Wiadomości"? Ziemkiewicz przywołuje wymianę zdań między Jankem a M. Wojciechowskim na antenie TOK FM i stanowi ta wymiana jakieś spuentowanie artykułu, tymczasem porządną puentą byłoby to, gdyby Janke wstał i powiedział do Wojciechowskiego i jemu podobnych, cytując klasyka (cytowanego swego czasu na klęczkach przez samą "GW") "pocałujcie mnie w d..., pajace" i wyszedł, trzaskając drzwiami. Nazywalibyśmy takie zachowanie "gestem Jankego", a słynna fraza może nieco niesławnego profesora przeciwstawiającego się faszystowskiej lustracji, nabrałaby nowego kolorytu semantycznego. Tymczasem, co się dzieje? Ziemkiewicz na łamach "Rz", można powiedzieć, "daje odpór" funkcjonariuszom imperium Michnika. Czy można potraktować to serio? Nie sądzę. Wylicznie przez Ziemkiewicza technik dezinformacyjnych stosowanych przez "GW" etc. mija się z celem, bo już nawet gimnazjaliści są ich świadomi, jeśli umieją krytycznie czytać polską prasę i słuchać mediów w "tym kraju". Wyważanie otwartych drzwi to żadna sztuka.
Co innego, gdyby dziennikarze otwarcie zbojkotowali dezinformujące czy pomawiające media. No, ale nie żądajmy niemożliwego. Mainstream is mainstream, albo mówiąc inaczej: kruk krukowi oka nie wykole, a najwyżej dziobnie, żeby nam się zdawało, jakoby tu jakaś wielka ideowa bitwa się przetaczała dotycząca dziennikarskiego etosu.


Komentarze
Pokaż komentarze (94)