Jednym z pierwszych fenomenów społecznych, jaki pojawił się po "obaleniu komunizmu", był tzw. homo sovieticus. Zaczęto stawiać diagnozy, szukać odpowiedzi na pytania, skąd u niedawnych więźniów komunistycznego obozu koncentracyjnego tęsknota za zasiekami, barakami, nędzną strawą i niewolniczą pracą. Jedni twierdzili, że owo społeczne pokłosie komunizmu to kwestia jednego, (głównie) starszego pokolenia, które w czasach "wolnorynkowych" wyparte zostanie przez "młode wilki" niepamiętające życia pod batem. Inni zaś twierdzili, że tzw. wilczy kapitalizm (którego oczywiście nigdy w Polsce po 1989 r. nie było, chyba że pod określeniem "wilczy" wpiszemy "nomenklaturowy" czy też "czerwony") generuje samoistnie tęsknotę ludzi za dawnym systemem przeobrażającym się z czasem w jakiś mit. W tym roku do tych kwestii powrócił prof. Legutko, zastanawiając się nad "polską duszą" i jej chorobami.
Moim zdaniem jest to jednak leczenie skutków, a nie przyczyn. Za podobną terapię uważam nie tylko deliberowanie, jaki ma być sposób głosowania (vide JOW), ponieważ już J. Stalin zdefiniował istotę "demokracji socjalistycznej", mówiąc o głównej roli tych, co "liczą głosy" (czy ktoś zauważył, że podobny problem pojawił się nawet w USA w 2004 r. w związku z użyciem "maszyn do głosowania"?) - ale i rozważania, czy lepszy dla Polski byłby system wielopartyjny czy dwupartyjny. To nie jest clue polskiej sprawy, sądzę.
Pozwolę sobie najpierw przytoczyć pewien istotny cytat z J. Andropowa. Gdy W. Jaruzelski w 1981 r. zabiegał w ZSSR o udzielenie "bratniej pomocy", szef KPZS powiedział m.in. tak: "Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski. Nawet jeśli Polska dostanie się pod władzę "Solidarności", to będzie tylko tyle." Proszę zwrócić uwagę - rok 1981 (a więc "środek" zimnej wojny) i sowiecki gensek wzrusza ramionami nad możliwością przejęcia władzy przez NSZZ "Solidarność".
Od niespełna 20 lat przekonuje się nas, że władzę przejęła właśnie "S" i - po "historycznym kompromisie ponad podziałami" z komunistami - zaczęła wyprowadzać państwo polskie z, jak to się mówi, "realnego socjalizmu" do, jak to zapisano w konstytucji z 1997 r., "społecznej gospodarki rynkowej". Andropow powiedział wtedy w 1981 r. jeszcze tak: "Musimy się troszczyć o własny kraj." My, czyli, komuniści? Niekoniecznie.
W. Bukowski postawił kiedyś mocną i niezwykle kontrowersyjną tezę, że wszelkie "przemiany zmierzające do rozmontowania bloku sowieckiego" były od l. 80. zaplanowane przez sowiecką bezpiekę. Na pierwszy rzut oka taka teza wydaje się nie do przyjęcia dla kogoś, kto uważa, że historii nie da się zaplanować, że dzieje mimo wszystko wykazują się jakąś "spontanicznością", że działa "czynnik ludzki", że niemożliwe jest sterowanie całymi narodami itd. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę to, że w Rosji po hekatombie 1917 roku i wprowadzeniu ludobójczego systemu bolszewickiego natychmiast zaczęło się psychospołeczne formowanie "nowago cieławieka", zaś wzorce tego formowania zostały przeniesione po II wojnie do innych krajów "socjalistycznych" - to idea "sterowania narodami" wcale nie będzie taka irracjonalna, jakby się zrazu wydawała. Oczywiście, takie sterowanie jest możliwe wyłącznie przy odpowiedniej dozie terroru, atmosfery nieustannego "zaganiania bydła do zagród", barakowania, pałowania, tortuowania, zastraszania, znęcania się na przeróżne sposoby itd.
Człowiek sowiecki jest istotą sprowadzoną do poziomu laboratoryjnego szczura. Nie jest to, oczywiście, szczur z eksperymentów amerykańskich behawiorystów. To szczur w rękach rosyjskich i sowieckich specjalistów od "psychologii" i "psychologii społecznej", wobec tego i labirynt, w jakim się porusza, jest nieco mniej schludny od labiryntu przygotowanego dla szczura badanego kiedyś przez, dajmy na to, B. Skinnera. Jednakże zasada zredukowania człowieka do zwierzęcia reagującego na co silniejsze bodźce, typu głód, ból, niewyspanie i "praca" (czy w komunizmie w ogóle ktokolwiek naprawdę pracuje poza nieustannie czuwającą (jak w wierszu Woroszylskiego) Bezpieką?) pozostaje ta sama. Tak jak I. Pawłow znęcał się nad psami, tak czerwoni znęcają się nad ludźmi, którzy żyją pod ich "rządami".
"Ale o co chodzi?" - zacząłem mówić o "pieriestrojce", a zszedłem na poziom szczurologii. Otóż można, idąc po myśli Bukowskiego, tak pojąć "transformację sowiecką", że Bezpieka zadecydowała gremialnie, że można zmienić formę nadzoru nad szczurami, poprzez odejście od terroru bezpośredniego na rzecz rozpłynięcia się bezpieczniaków we wszelkich istotnych gałęziach państwa. Należy przejąć opozycję, media, biznes, rozrywkę, kulturę, subkultury, naukę, nawet sekty (vide Amway) - słowem WSZYSTKO. To rozpłynięcie jest możliwe, ponieważ "człowiek sowiecki" został uznany za "gotowego". Mimo że był "półfabrykatem", czyli jednostką daleką od komunistycznego, leninowsko-stalinowskiego ideału (kto zresztą z komunistów dba o jakąkolwiek dokładność - "byleby działało, a potem się zobaczy" - to podstawowa zasada technologii sowieckiej, przecież, ale też i inżynierii dusz), to już tych "wytresowanych w czerwonym labiryncie" szczurów było tak wiele, że dla Bezpieki nie były groźne. Patrząc na zimno (nawet na lodowato) na wojskowy przewrót dokonany w Polsce przez czerwonych z Jaruzelskim na czele, to użyto armaty wobec wróbli. "Solidarność" nie była w stanie ani przejąć władzy, ani stawić czynnego oporu wobec "ludowej armii" i ubecji, a mimo to wzięto ją za pysk, jakby śmiertelnie zagrażała Bezpiece.
Scenariusze jednak nie były pisane przez Jaruzelskiego, który wobec swoich sowieckich mocodawców był zawsze (od momentu jego zainstalowania w Polsce) o krok do tyłu, ale przez Rosjan. Analizując przesłanie Bukowskiego, można się zastanawiać, jak to się stało, że nagle Bezpieka stwierdziła, że należy odejść od terroru i zamordyzmu bezpośredniego, na rzecz "krótkiej smyczki", czyli "kontrolowanego demontażu sowietyzmu"? U spodu tej koncepcji musiało istnieć założenie natury psychospołecznej: człowiek sowiecki jest odchowany już tak dobrze, że w miejsce wbijania mu do głowy "utopii zbiorowej", można zacząć mu tłuc do głowy "utopię indywidualną". Innymi słowy, zamiast (niepodważalnego dotąd) kolektywizmu, można stopniowo wprowadzić pozorny indywidualizm pod warunkiem, że wszelkie drogi "samorealizacji" wszystkich "ludzi sowieckich" będą skrupulatnie monitorowane przez ludzi Bezpieki. Sądzę, że jest to przejście genialne w swojej istocie i zarazem hiperdestrukcyjne, czego świadkami jesteśmy w latach 90. ub. wieku i 2000., zwł. obserwując "postępy demokracji w Rosji", w której Bezpieka wysadza bloki mieszkalne po to, by następnie zwalczać terrorystów "stojących za zamachami" albo dokonuje zabójstw dziennikarzy tropiących bezpieczniackie ślady i następnie urządza spektakularne śledztwa "w poszukiwaniu winnych". Warto zresztą przypomieć, że w 2006 r. bezpieczniak Putin nadał bezpieczniakom uprawnienia do zabijania "wrogów państwa za granicą", co przełożyło się błyskawicznie na "zdjęcie" A. Litwinienki.
Naturalnie, Bezpieka nigdy żadnych uprawnień nie potrzebowała, skoro sama stanowiła "Prawo", jednakże uwielbiała swojej terrorystycznej i przestępczej działalności nadawać pozory legitymizacji, ponieważ czołowi bezpieczniacy mieli świadomość, że w XX i XXI w. "polityka musi się opierać na prawie", czyli że należy "opinii publicznej" (zwł. międzynarodowej) serwować jakieś konstytucje, kodeksy, ustawy etc., które dla wielu pożytecznych idiotów są ważniejsze niż realny, bezpieczniacki terror za nimi stojący (Różański kiedyś powiedział: "walczyłem z sobą, by nie bić" - to dopiero dylematy moralne bezpieczniaka).
Wracając do meritum. Dla wielu ludzi (szczególnie dla tych z opozycji, która, niestety, przystąpiła do rokowań z komunistami), rozpłynięcie się bezpieczniaków we wszystkich strukturach państwowych, biznesowych, medialnych etc. stanowiło "naturalny" i "nieszkodliwy" proces "transformacji" czy "odchodzenia od komunizmu". W ten sposób uznano, że mimikra stosowana przez Bezpiekę, niczego nie skrywa, a sama Bezpieka to już "inni, normalni ludzie". Niewielu osobom przyszła do głowy myśl, że "likwidacja komunizmu" świadczy o tym, że Bezpieka do tego stopnia rozpoznała "mechanizmy" efektywnego stosowania "inżynierii dusz", że na luksus zrzucenia indoktrynacyjnej czapy mogła sobie pozwolić. Idea prosta: rządzimy dalej, tylko w inny sposób, nie za pomocą politbiura i cyrku urządzanego w postaci "budowy najlepszego z ustrojów", tylko w postaci pełnej kontroli nad "demokratyzacją".
Takie podejście do sprawy wymagało przejścia od batożenia do "krótkiej smyczki". Przeciętniakom pozwalano na "samorealizację" (choć, jak wspomniałem i nad tym procesem także roztaczano "parasol ochronny"), a więc poszerzono im swobodę działania, jednakże na wyższych piętrach struktury społecznej już się pojawiali "biznesmeni" z Bezpieki, "dziennikarze" z Bezpieki, "producenci" z Bezpieki czy w ostateczności oficerowie prowadzący. Podstawowe przesłanie do ludu pozostało niezmienione: "słuchaj się nas, a będziesz dobrze żył" (może nie tyle "długo i szczęśliwie", co spokojnie). Drugie założenie także: "nam nie podskoczysz" (dotyczy to zarówno szaraków (casus Olewnika), jak i samych bezpieczniaków wyłamujących się z Bezpieki (casus Litwinienki)), wobec tego trzecie: "ci co podskoczyli, już płaczą z tego powodu" i czwarte "ale my nie jesteśmy tacy źli, jeśli nie podskakujesz". Te zasady określające maksimum ludzkich możliwości działania w państwie bezpieczniackim są tak proste, że dosłownie każdy może je sobie przyswoić.
Bukowski mówi po prostu, że "likwidacja komunizmu" stanowiła taktyczną zasłonę dymną, pozwalającą Bezpiece przejść do nowej formuły zarządzania "sowieckimi społeczeństwami". Można jednak zadać pytanie, czy w takim razie taka radykalna zmiana polegająca na odejściu od indoktrynacji komunistycznej była wpisana w "tworzenie raju" bolszewickiego na ziemi? Jeśli przyjmiemy błędne założenie, że system komunistyczny jako "realizacja pewnego utopijnego porządku społecznego" ktokolwiek wcielał - to odpowiedź brzmi: nie. Jeśli zaś realistycznie i racjonalnie przyjmiemy, że tzw. państwo komunistyczne, to STRUKTURA ZAŁOŻONA PRZEZ BEZPIEKĘ wyłącznie do celów Bezpieki, to taka zmiana jest możliwa, jeśli nastąpi redefinicja celów Bezpieki. Taka redefinicja nastąpiła w l. 80. w ZSSR, a potem w Polsce sowieckiej zwanej peerelem. Wiem, że dla wielu osób taki scenariusz jest "nie do przyjęcia" albo stanowi jakieś horrendum politologiczne (niewiele mnie to martwi). Zwracam jednak uwagę nie tylko na to, jak wielu ludzi Bezpieki przewijało się przez wierchuszkę w Rosji i w Polsce (od czasu rozpoczęcia "demontażu systemu"), jak bezpieczniacy (np. S. Wiatr, J. Truszczyński) zajmowali się negocjacjami z UE, jak pilnowali rozwoju rozmaitych gigantycznych fortun, ale na to, że ludziom to tak naprawdę WCALE NIE PRZESZKADZAŁO (!).
A. Politkowska w rozmowie z A. Niekrasowem, który nakręcił kilka poruszających filmów o rosyjskiej Bezpiece, wyznała kiedyś, że "Nowa Gazeta" opublikowała artykuł mówiący o tym, że jeden z "terrorystów" będących uczestnikiem wydarzeń w NORD-OST pracuje w administracji Putina i co? I nic. Politkowska twierdziła też, że nie trzeba zakazywać publikowania jej książek, ponieważ Rosjanie wcale nie kwapią się do jakichś protestów, wiedząc, że rządzi nimi Bezpieka. Litwinienko z kolei pytał, jak to jest możliwe, że przybywa "znikąd" ktoś do wielkiej polityki, zostaje prezydentem i nikt nawet nie sprawdza dokładnie jego przeszłości, nie dopytuje o to, co robił itd. - słowem, nikt o kandydacie NIC tak naprawdę nie wie.
Czu w Polsce nie było takich "ludzi znikąd" (o zgoła mglistej lub zupełnie zatartej przeszłości), którzy nagle znajdowali się w establishmencie "i nic"? A. Glucksman powiedział kiedyś o Rosji, lecz z powodzeniem można to odnieść także do naszego kraju, że kluczem do zagadki jest zbrodnia obojętności: "ważne jest, na co się pozwala"; innymi słowy, jeśli ktoś zamyka oczy na to, co wyprawiają bezpieczniacy, to daje w ten sposób im prawo i pole do następnych przestępczych działań. Bezpieka potrzebuje jedynie obojętności obywateli, resztą potrafi się zająć doskonale sama.
Bezpieka nie zamierzała nigdy nic innego poza skonstruowaniem państwa Bezpieki. Zrazu sądzono, że do tego jest niezbędna, oprócz ludobójstwa, nowa ideologia, z czasem jednak (po wieloletnich badaniach psychospołecznych) stwierdzono, że wcale nie. Stalinista Chruszczow uznał, że zamordyzm można nieco poluzować i poluzowywano, zaś w l. 80. stwierdzono, że nawet z gorsetu ideologii można stopniowo się wycofać. I co? Jakieś protesty komunistów? Skąd. Nawet pucz w ZSSR to była jakaś komedia, aczkolwiek w jej trakcie Putin "wypisał się" po wielu latach służby z KGB.
Nienaruszona została jednak istota państwa Bezpieki, która polega na tym, że jego porządek nie podlega ŻADNEJ, podkreślam, ŻADNEJ społecznej czy obywatelskiej kontroli. Najśmieszniejsze jest to, że owszem, można mówić o "obaleniu komunizmu", ponieważ, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikła ideologia (choć nie całkowicie, ponieważ wciąż istnieją ośrodki komunistyczne w Polsce) i nagle te wszystkie zastępy czerwonych zaczęły mówić innym językiem i gestykulować zupełnie inaczej niż za czasów Gierka czy Jaruzela. Czy jednak obalono Bezpiekę? Ani w Rosji, ani w Polsce nie. Zasadne więc byłoby ustalenie dziś, czy związki rozproszonej polskiej Bezpieki nasiliły się ostatnio z rosyjską, czy nie. Przy obecnej władzy ustalenie tego nie jest, rzecz jasna, możliwe.
O wiele jednak poważniejszym problem jest to, czy Bezpieka przejmie jakąś realną kontrolę nad powstającą UE. Casus współpracy R. Prodiego z KGB może być wszak wierzchołkiem góry lodowej. Przemoc i kłamstwo stanowią podstawowe narzędzia stosowane przez Bezpiekę. Nie podejrzewam, by Europa była przygotowana na walkę z posowiecką Bezpieką. Biurokracja brukselska może zresztą wcale tej Bezpieki nie uważać za wroga.
pamięci Rafała Gana Ganowicza


Komentarze
Pokaż komentarze (75)