Free Your Mind Free Your Mind
502
BLOG

O tresurze społecznej

Free Your Mind Free Your Mind Polityka Obserwuj notkę 194

Oglądając relacje z pochodów pierwszomajowych czy innych komunistycznych defilad, stawiam sobie jedno pytanie: dlaczego nigdy te tysiące ludzi nie rzuciło się naraz na swych oprawców i nie rozgoniło Bezpieki, po drodze rozwiesiwszy na latarniach co większych zbrodniarzy? Problem deprawacji społecznej i paraliżu, jakim podlegają "ludzie sowieccy" (szeroko rozumiani, nie chodzi wyłącznie o Polaków za czasów peerelu), sądzę, jest niezwykle istotny do zrozumienia także wielkich niepowodzeń związanych z "wychodzeniem z komunizmu". Można oczywiście uznać, że ludzie sowieccy nie buntowali się, ponieważ nie traktowali czerwonych jako gnębicieli, to jednak byłoby chyba zbyt proste wyjaśnienie i zapewne dalekie od prawdy. Podejrzewam, że ludzie sowieccy mieli raczej pełną świadomość bezkarności i wszechmocy gnębicieli, wobec tego, kultywując filozofię świętego spokoju, woleli podporządkować się Onym, niż stawiać opór. Podporządkowując się, sami, chcąc nie chcąc, stawali się Onymi, niestety.

Wspomniałem we wczorajszym poście o wykorzystaniu narzędzi psychologii i psychologii społecznej przez Bezpiekę. Inżynieria dusz wymagała wszak doskonałej znajomości nie tylko "struktury przeciętnego człowieka", ale też "zachowań stadnych" ludzi i tymi zachowaniami szczególnie się bezpieczniacy interesowali. Im nie chodziło o władanie pojedynczymi obywatelami. Pojmując bowiem ich jako stado bydła, wystarczało bezpieczniakom w zupełności hodowanie i kontrolowanie całego stada. Wychodzili z założenia, że władając stadem, będą władać także poszczególnymi jednostkami (te zostaną wcześniej czy później "stratowane przez stado"). Ta skrajnie prymitywna filozofia społeczna jest jednocześnie niezwykle prosta w realizacji. Bydło wystarczy jedynie zmuszać do posłuszeństwa - resztę problemów załatwia bodźcowanie: więcej batów - większy wysiłek, mniej batów - mniejszy. I to działa. Człowiek zbydlęcony (określenie Witkacego, oczywiście) stara się żyć w taki sposób, by batów było jak najmniej, wystarczy się więc szczególnie z jarzma nie wychylać.

Zbydlęcenie w systemie państwa Bezpieki ma charakter programowy i jest przeprowadzane konsekwentnie. Obywatel nie ma prawa myśleć samodzielnie, tylko stadnie, co po komunistycznemu zwie się "kolektywnie"; mówiąc ściślej, ma on mysleć tak, jak każe mu myśleć Bezpieka (tak jak Andrzejewski konsultujący z Bermanem fabułę swojej najgłośniejszej powieści) traktująca wszystkich jak (mniej lub bardziej potencjalnych) przestępców. Obywatele w związku z tym dzielą się na dwie kategorie: przestępców szczególnie niebezpiecznych (tak traktowała Bezpieka antykomunistyczne podziemie zbrojne) i przestępców lżejszego kalibru. Tych pierwszych poddawała likwidacji, torturom (łamaniu) i/lub uwięzieniu (czy wywózce i uwięzieniu). Z punktu widzenia Bezpieki taka strategia była uzasadniona, wszak żołnierze-antykomuniści rzeczywiście zagrażali bezpieczniakom w sensie fizycznym i nie kryli tego, że dla każdego bezpieczniaka przewidziana jest "kula w łeb". W tych przypadkach zatem stosowano sprawdzoną w czasach bolszewickiej rewolucji metodę totalniackiego terroru bez zabawiania się w jakąś inżynierię dusz. Socjotechniką objęto wyłącznie tych, którzy nie przejawiali postaw przestępczych "szczególnie niebezpiecznych" - przyjęła ona postać społecznej tresury, a jej skrajnymi przejawami było "wyprowadzanie stada na spacer", czyli pozwalanie na wyrażanie zbiorowego uwielbienia na ulicach czy placach defilad.

Niejeden z rozsądnie myślących ludzi zastanawiał się, jak to możliwe, by w krajach tak cywilizacyjnie i kulturowo zapóźnionych jak komunistyczne, Bezpieka lekką ręką wydawała olbrzymie publiczne pieniądze na imprezy mające charakter społecznego obłędu (wszak ludzie na co dzień trzymani za pysk wychodzili w sposób odświętny i radosny okazywać swoją cześć dla oprawców i zbrodniarzy). Kiedy się ogląda jakieś tragikomiczne instalacje, kukły, platformy z lokomotywami, tramwajami, akrobatami itd., to człowiek się zastanawia, jak wielkie pieniądze szły w ten sposób w błoto, jak były bezsenownie marnotrawione. Takie myślenie jednak było i jest błędne, ponieważ Bezpieka nigdy nie rozumiała ani polityki, ani obywateli w taki sposób, jak to się rozumie w normalnych, niebezpieczniackich państwach. Należy zacząć od tego, że Bezpieki, żerującej na społeczeństwie, pilnującej, by nieustannie funkcjonowała gospodarka "planowych niedoborów", czyli by przeciętny członek stada spędzał większość swego czasu i przeznaczał większość swoich sił na "walkę o byt", nie tylko nigdy nie interesowało urządzanie państwa w racjonalny sposób i racjonalizacja finansów państwa. To ostatnie, pojmowane po prostu jako dominium bezpieczniaków wymagało tylko i wyłącznie racjonalizacji nakładów na samą Bezpiekę.

Nie było (i nie ma) wobec tego nic dziwnego w tym, że Bezpieka urządzała potężne, kosztowne akty celebry "systemu" i wyprowadzała wytresowanych obywateli na spacer. Koszty z tym związane szły przecież na konto bezpieczniaków, którzy w ten sposób dokonywali "ćwiczeń w terenie" dotyczących panowania nad tłumem (dobitnym przykładem jest ustawianie się ludzi na trybunach w napis "PZPR"). Ćwiczenia z tłumem były zarazem manifestacją siły wobec tych, którzy poparcia dla Bezpieki nie okazywali, zawierały bowiem następujące przesłania skierowane do "niepokornych": 1) "spójrzcie, jak ich trzymamy w garści", 2) "spójrzcie, jacy oni są zadowoleni", 3) "z roku na rok takich będzie coraz więcej". Theatrum sprowadzało się do tego, że pokazywano światu iż obywatele pod rządami Bezpieki potrafią nawet skakać, śpiewać i tańczyć na ulicach na jej cześć. Nie było więc to martotrawstwo. Ba, marnowanie pieniędzy publicznych to byłoby dla Bezpieki inwestowanie w rozwój cywilizacyjny i kulturowy państwa lub inwestowanie w podniesienie stopy życiowej obywateli. Ale przecież nie to jest celem państwa Bezpieki!

O ile wobec "przestępców niebezpiecznych" należało stosować praktyki ludobójcze, o tyle wobec "lżejszych przestępców" wystarczyła tresura społeczna, ponieważ istotą było złamanie ducha społecznego oporu. Naturalnie, opór taki jest możliwy jedynie, gdy istnieje jakaś trwała wspólnota pewnych wartości postaw, wobec tego Bezpiece szczególnie zależało, by dawne więzy narodowe porozrywać i zastąpić je więzami stada, które dla świętego spokoju nie rzuca się w zagrodzie. Od początku też wprowadzano procesy racjonalizacji obłędu społecznego, zaprzęgając ludzi nauki, artystów itd. do tego, by głosili "bydłu", że "żyje się lepiej, żyje się weselej", co też od pierwszych lat tworzenia zbrodniczego systemu propagowano. W ten sposób z biegiem lat dochowano się ludzi sowieckich, którym rzeczywistość podstawiona zaczęła się mylić z realnym światem.

W takiej sytuacji powolny demontaż systemu (i bloku) wcale nie był bardzo wyrafinowanym logistycznie zadaniem. Wprawdzie elementy ludobójstwa jeszcze gdzie niegdzie zastosowano (w Polsce w grudniu 1981 r. i parokrotnie w następnych latach) dla przypomnienia potencjalnym niebezpiecznym przestępcom, że Bezpieka cały czas trzyma "tarczę i miecz" w pogotowiu, jednakże można było stopniowo i bezboleśnie przejść do fazy tzw. postkomunizmu. O tym jednak już wspominałem szerzej wczoraj (http://freeyourmind.salon24.pl/72127,index.html).

Wracam teraz do wspomnianego theatrum społecznego związanego z tresurą obywateli i ich regularnym wyprowadzaniem przez "panów" na ulice na spacer, ponieważ chcę wskazać na jedną, najważniejszą moim zdaniem, rzecz, a następnie spróbować udzielić odpowiedzi na stawiane wczoraj przez niektórych komentatorów pytanie: co dalej? Otóż zwracam uwagę na fakt, że dziesiątki, a czasem setki tysięcy manifestujących nie były pilnowane w owym czasie przez miliony bezpieczniaków, a mimo to nikomu nie przyszło wtedy do głowy, by rzucić się na stojących na jakichś "honorowych trybunach" buców czy wmieszanych w tłum gapiów bezpieczniaków. Te wielotysięczne tłumy mogły przecież roznieść na proch ludzi Bezpieki, a zamiast tego paradowały, wywijając girami i kwiatami, niemal jak oswojone dzikie zwierzęta łążące po cyrku. Istota rzeczy polega więc na tym, że mniejszość, jaką stanowią bezpieczniacy jest w stanie wziąć w jarzmo olbrzymią większość obywateli i sprowadzić ich do poziomu niewolników.

O ile w państwie nierządzonym przez Bezpiekę obywatel to samoświadoma i wolna jednostka współdecydująca z innymi obywatelami o losach swojego kraju, o tyle w państwie bezpieczniackim obywatel jest elementem stada, mogącym myśleć jedynie "kolektywnie" (najlepiej nie myśleć w ogóle, a działać instynktownie, reagować na bodźce) i niedecydujący o niczym. O ile w normalnym państwie obywatel jest gospodarzem, o tyle w bezpieczniackim jest niewolnikiem pracującym dla prawdziwych gospodarzy i potencjalnie im zagrażającym (jako element przestępczy). O ile ten pierwszy jest w stanie rozliczać władzę, protestować, gdy coś mu się nie podoba, nie tylko stawiać opór - słowem, wyrażać swoją wolę - o tyle tego drugiego charakteryzuje całkowity paraliż woli.

Pierwszy krok do sukcesu Bezpieki to uznanie za prawdę bezpieczniackiego "jest nas więcej niż myślisz" oraz "jesteśmy silniejsi niż myślisz". Orwell mówiąc o myślozbrodni idealnie scharakteryzował mentalność człowieka sowieckiego - ten wszak boi się pomyśleć, że można się bezpieczniakom przeciwstawić w jakikolwiek sposób. Pierwszym więc krokiem do "debezpiekizacji" jest więc uznanie nie tylko tego, że bezpieczniaków jest mniej niż myślimy, lecz i że są słabsi niż myślimy. Nie są wszechmocni i możemy ich pokonać, bo nas jest więcej niż Ich.

Paraliż woli wielu Polaków wiązał się z tym, że wskazywano na to, iż bezpieczniacy "mają broń". Jednakże, jak pamiętamy z walk ulicznych we Wrocławiu, Krakowie czy Trójmieście, kilkuset obywateli było w stanie zwykłą kostką brukową nieźle napędzić stracha bezpieczniakom. Ci ostatni zresztą zawsze byli mocni jedynie "w kupie" - i tak jednego młodziaka, co sprayował gdzieś mur musiało okładać pałami kilku zomoli, zaś na kilkudziesięciu demonstrantów krzyczących "precz z komuną" albo "Ge-sta-po" Bezpieka od razu słała kilkuset swoich umundurowanych bandytów z psami i ciężkim sprzętem.

W postkomunizmie jednak, czyli po "historycznym kompromisie", Bezpieka przyjęła postać struktury rozproszonej, o czym szerzej pisałem wczoraj. Nie dysponuje ona mocami destrukcyjnymi poprzedniego ustroju, ale też nie musiałaby wysyłać żadnych swoich ludzi do działań pacyfikacyjnych, skoro funkcjonuje obecnie na wyższych piętrach obecnego systemu i realizuje odmienne cele. Należy zarazem pamiętać, że proporcje między nami a bezpieczniakami pozostały te same, to znaczy Ich nadal jest o wiele mniej niż nas, co już pozwala z nadzieją myśleć o możliwości wyeliminowania tego wroga politycznego.

Sukces bezpieczniaków polegał i polega głównie na tym, że działali/ją jako ludzie anonimowi, mają przybrane osobowości, czestokroć fałszywe nazwiska, żyją gdzieś w cieniu, tylko w chwilach polowań zbliżają się do swoich ofiar (jak Piotrowski do ks. Popiełuszki), dlatego tak cenną i niewykle przemyślaną inicjatywą było organizowanie kontrwywiadu przez Solidarność Walczącą i rozpracowywanie bezpieczniaków, ich metod działania, ich struktur, obyczajów, spisywanie i katalogowanie nawet tablic rejestracyjnych aut bezpieczniackich. Jeśli więc ktoś mnie wczoraj pytał, co możemy zrobić, wiedząc, że głównym wrogiem politycznym naszego (a być może i europejskiego porządku publicznego) jest Bezpieka, to odpowiadam, że należy zacząć działać analogicznie jak SW. Jesteśmy jednak w o wiele lepszej sytuacji niż heroiczni ludzie SW, którzy w 1981 r. wydali choćby "Małego Konspiratora" (broszura zresztą aktualna w wielu miejscach do dziś), ale i mieli dużo trudniejsze warunki działania, choćby pod względem dostępu do danych.

W czasach postkomunizmu o różnych bezpieczniakach można już wyczytać w lokalnej prasie (wielu z nich stało się lokalnymi oligarchami, niekryjącymi się nawet szczególnie ze swoją wpływowością i bogactwem), wystarczy więc te dane zbierać i publikować on-line, tworząc coś w rodzaju Archiwum B, czyli Archiwum Bezpieki. Proszę przypomnieć sobie, jakim wielkim kociokwikiem (i to na poziomie międzynarodowym nawet) zakończyła się publikacja raportu polikwidacyjnego dot. WSI. Nic tak nie paraliżuje działań Bezpieki jak demistyfikacja i dekonspiracja. Powinniśmy więc podążać tym śladem i kompletować w jednym miejscu dane dot. ludzi Bezpieki rozproszonych po tylu dziedzinach naszego życia (po przedsiębiorstwach, uczelniach, szkołach, instytucjach kulturalnych, mediach etc.). Wiele materiałów z tej dziedziny publikuje też IPN, więc i z jego źródeł warto korzystać, ważne jednak by starać się usystematyzować tę wiedzę i ją POPULARYZOWAĆ, choćby poprzez blogosferę.

Parafrazując slogan z pewnej niezbyt chlubnej kampanii ("Niech nas zobaczą"), proponuję działania na zasadzie: "Niechaj my Ich zobaczymy".         

https://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/02/03/komplet/ (pod tym adresem dostępne są moje przeróżne opracowania z "Czerwoną stroną Księżyca" i aneksami do niej włącznie); polecam jeszcze tę moją analizę z 2024 r. zamieszczoną gościnnie u prof. M. Dakowskiego: https://dakowski.pl/wokol-hipotezy-dwoch-miejsc-free-your-mind/ ) legendarne dialogi piwniczne ludzi zapiwniczonych w Irlandii 2 (before you read me you gotta learn how to see me) free your mind and the rest will follow, be colorblind, don't be so shallow "bot, który się postom nie kłania" [Docent Stopczyk] "FYM, to wesoły emeryt, który już nic, ale to absolutnie nic nie musi już robić" [partyzant] "Bot FYM, tak jak kilka innych botów namierza posty i wpisy "z układu" i daje im odpór" [falstafik] "Czy robi to w nocy? W takim razie – kiedy śpi? Bo jeśli FYM od rana do późnej nocy non-stop tkwi przy komputerze, a w godzinach ciszy nocnej zapewne przygotowuje sobie kolejne wpisy, to kiedy na przykład spożywa strawę?" [Sadurski] "Ale teraz zadam Sadurskiemu pytanie: Załóżmy, że "wyśledzi" pan w przyszłości jeszcze kilku FYM-ów, a któryś odpowie prostolinijnie, że jest inwalidą i jedyną jego radością (z przyczyn wiadomych) jest pisanie w S24, to czy pan będzie domagał się dowodów,czy uwierzy na słowo?" [osa 1230] "Zagrożenia dla pluralizmu w ramach Salonu widzę w tym, że niektórzy blogerzy - w tym właśnie FYM - wypraszają ludzi, z którymi się nie zgadzają. A zatem dojdzie do "bałkanizacji" Salonu: każdy będzie otoczony swoją grupką zwolennikow, ale nie będzie realnej dyskusji w ramach poszczególnych blogów. Myślę, że nie daję przykładu takiego wykluczania." [Sadurski] "Już nawet nie warto tego bełkotu czytać, spod jednego buta i z jednego biura. Na fanatyków i pałkarzy lekarstwa nie ma."[Igła] "FYM już kupił S24 swoim pisaniem, jest teraz jego twarzą. Po okresie Galby i katatyny nastąpił czas dziennikarzy "Gazety Polskiej". Ten przechył i stalinopodobne teorie spiskowe, jakie się wylewają z jego bloga oraz innych mu podpbnych - przyciągają do Salonu nastepnych i następnych. Tu już od dawna nie zależy nikomu na rzetelności i klasie pisania - lecz na tym, aby było klikanie, aby było głośno i kontrowejsyjnie. Promowanie takich ludzi jak FYM i Paliwoda - jest całkowicie jednoznaczne."[Azrael] "Ale jaki jest problem?"[Kwaśniewski] kwestia archiwów IPN-u Janke: "Nigdy nie mówiliście o pełnym otwarciu?" Komorowski: Co to znaczy otwarcie?" "Trudno zrozumieć, jak można ogłupić społeczeństwo. Dlaczego tylu ludzi ośmiela się nazywać zdrajcą Wojciecha Jaruzelskiego. (Edmund Twardowski, Warszawa) " [tzw. listy czytelników do "Trybuny"] "Z przykrością stwierdzam, że prezydent nie przedstawił żadnych propozycji ws. służby zdrowia" [Tusk] "Niewidzialna ręka rynku, jak sama nazwa wskazuje, jest ślepa." [ekspert w radiowej audycji prowadzonej przez R. Bugaja] "Mamy otwarte granice, miejmy też otwarte umysły. Jasna Góra horyzontów rządowi i parlamentarzystom nie rozszerzy. (S. Barbarska, woj. wielkopolskie) " [tzw. czytelniczka "Trybuny"]

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (194)

Inne tematy w dziale Polityka