Ukazała się właśnie nowa książka A. i J. Gwiazdów, co zapewne zostanie pominięte grobowym milczeniem przez media. Dziś wszak tego typu sądy, jak ten, który zacytuję poniżej, nie należą do oficjalnej wykładni historii III RP:
"Chcemy odkryć mechanizm pierestrojki, ujawnić rolę agentury i wpływy zewnętrzne, odtworzyć prawdziwą historię pierwszej “Solidarności”, ochronić ją przed manipulacją. (…) Pierwsza “Solidarność” nie przegrała i nie wygrała, (...) została rozbabrana, jak ujął to Gustaw Herling-Grudziński. Członkowie nie chcą wracać pamięcią do tamtych czasów, wyszli na frajerów, czują się oszukani, “Solidarność” kojarzy się z błędami III RP. To jest nasz największy problem, z którym nie możemy się uporać. Pewnie tak czuli się ludowcy, kiedy powstawał PSL Waldemara Pawlaka, socjaliści, kiedy PPS w 1948 r. jednoczył się z PPR, aby stworzyć PZPR. Członkowie AK, kiedy zaproponowano im udział w ZBOWiD, znaleźli się w jednej organizacji ze swoimi prześladowcami. Tworzenie atrap, zawłaszczanie historii i tradycji, system komunistyczny opanował do perfekcji."
(podaję za stroną "Głosu" http://www.glos.com.pl/)
Podczas niedawnego spotkania związanego z promocją książki w Warszawie, Gwiazda powiedział:
"Miałem nadzieję, że po odzyskaniu wolności ograniczenia systemowe nie będą przeszkadzać mi w mojej pracy konstruktora, że nie będę musiał projektować dla Związku Radzieckiego. Tymczasem pierwszą ideą transformacji było zniszczenie przemysłu i zespołów konstruktorskich. I tego odpuścić nie mogłem."
(http://glos.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=332&Itemid=72)
Pamiętam, jak w ostatniej scenie dokumentalnego filmu o Solidarności Walczącej, K. Morawiecki mówi, że komunistom nie udało się zniszczyć SW - zniszczył ją dopiero okragły stół. Morawiecki, Gwiazdowie, Wyszkowski... można by wymieniać wiele nazwisk, które w III RP znalazły się na jakimś specyficznym "indeksie". Osoby te nie tylko nie miały prawa odgrywać żadnej poważnej roli w przemianach, ale nawet zabierać głosu w kwestii transformacji. Można być pewnym, że gdyby nie istniały "oszołomskie" media, to ludzie ci zostaliby wymazani ze współczesnej historii Polski przez "historyków z Agory i okolic".
Powiedzenie o atrapie trafia w sedno porządku politycznego skonstruowanego po 1989 r. Co ciekawsze, we wspomnianyn przeze mnie wczoraj artykule prof. R. Bugaja, pojawia się ciekawy akapit, który warto zacytować też jako swego rodzaju memento:
"Cokolwiek złego by powiedzieć o narodowym państwie, pozostaje ono jednak nadal fundamentem społecznej solidarności i politycznej demokracji. Z ustanowieniem ściślejszej integracji nie można wiązać nadziei na przezwyciężenie w Unii „deficytu demokracji”. Demokracja ze swej istoty jest możliwa tylko w państwie narodowym, bo jej tkanką są nie tylko formalne procedury, ale przede wszystkim historia, tradycja i kultura (szczególnie język). Ścisła integracja musi więc prowadzić do powiększenia (już bardzo rozległej) władzy faktycznie niekontrolowanego (i w różny sposób uprzywilejowanego) brukselskiego establishmentu."
(http://www.rp.pl/artykul/127868.html)
Te dwa spojrzenia - Gwiazdów i Bugaja, ciekawie się zbiegają (tego ostatniego zresztą zawsze szanowałem za konsekwentnie antykomunistyczną postawę, mimo że z jego poglądami ekonomicznymi się nie zgadzam). Gwiazdowie zwracają uwagę od lat na paraliżujący rzeczywisty rozwój kraju atrapowy porządek będący konsekwencją zgniłego kompromisu z 1989 r., zaś Bugaj stwierdza, że bez wspólnoty narodowej nie ma mowy o społecznej solidarności i politycznej demokracji.
Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że więzi narodowe były po "obaleniu komunizmu" poddawane rozmaitym procesom destrukcyjnym, to łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w naszym kraju wciąż czujemy dotkliwy dyskomfort jako obywatele. Niby bowiem mamy pełne sklepy, jednakże nie mamy pełnej świadomości wpływu na to, co uchodzi za świat polityki. Z jednej strony wmawia się nam, że w procedurach demokratycznych dokonujemy wyborów takiej a nie innej drogi realizacji pewnych celów politycznych, z drugiej jednak, coraz wyraźniej widać, że tzw. wybory parlamentarne stanowią jeden z elementów mediokracji, którą posługuje się Układ, by stworzyć pozory normalnego państwa. Traktowani jesteśmy więc jak banda frajerów, którym można obiecać wszystko, a następnie wypiąć się odpowiednią częścią ciała, ponieważ i tak nic nie jesteśmy w stanie rządzącym politykom zrobić.
Najbardziej ponure w tym wszystkim nie jest to, że politycy traktują nas jak frajerów, ale to, że Polska przeżywa postkomunistyczny regres, którego końca nie widać.


Komentarze
Pokaż komentarze (68)