Wczoraj, jak donosi "Komsomolska Prawda", odbyła się na Placu Czerwonym niedostępna dla dziennikarzy, generalna próba wojsk rosyjskich przed defiladą z okazji dnia zwycięstwa. Oczywiście, Rosjanie mają co świętować, bo faktycznie II wojna światowa zakończyła się ich zwycięstwem i faktycznym zaborem sporej połaci Europy środkowej, nie mówiąc o późniejszych zdobyczach na innych kontynentach. To świętowanie jednak wcale nie musi dotyczyć li tylko przeszłości.
Reporterowi "Komsomolskiej Prawdy" udało się zrobić garść zdjęć, które cieszyć muszą oko rosyjskiego obywatela (http://www.kp.ru/photo/paradrepeticiamay/), tak jak i te zdjęcia (http://www.kp.ru/daily/24093/322676/). Z Abchazji, gdzie wojsk rosyjskich też jest coraz więcej (choć niekoniecznie w związku z obchodami "Dnia Pobiedy") zdjęć "KP" nie zamieszcza, ale za to są one na stronie "Nowej Gazety", która z kolei zamieściła wczoraj reportaż z tamtego regionu (http://www.novayagazeta.ru/data/2008/31/10.html). Ponoć na granicy Abchazji i Gruzji nic szczególnego się na razie nie dzieje. Jedna z mieszkanek twierdzi nawet, że panikę związaną z wojną wywołuje wyłącznie rosyjska telewizja, gdyż w gruzińskiej żadnych nawoływań do wojny nie słyszała.
Wydaje się jednak, że wojna wisi w powietrzu, skoro zaczynają o niej mówić już gruzińscy dyplomaci (http://glos.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=354&Itemid=76), a jednocześnie państwa europejskie i USA czekają na krok, jaki wykona Rosja. Co właściwie można by Rosji zrobić? Zapewne nic. W sytuacji, gdy nie tak dawno ogłosiło się niepodległość Kosowa, to chyba można było przewidzieć, że dla Moskwy będzie to precedens, który potraktuje ona jako argument do realizacji swoich imperialnych celów.
Rosja, od momentu, gdy Gruzję podbili bolszewicy w 1921 r. nie miała zamiaru wypuszczać tej republiki ze swoich rąk, czego zresztą wielokrotnie dowodziła, tłumiąc na przestrzeni lat bunty Gruzinów, a nawet za pomocą sił specjalnych obalając na początku l. 90. rząd gruziński, gdy w referendum olbrzymia większość mieszkańców opowiedziała się za niepodległością republiki. Pieriestrojka, po prostu :) W ostateczności Gruzja wylądowała we Wspólnocie Niepodległych Państw (i nieustannie sytuacja tam ulega destabilizacji), nic więc dziwnego, że dla Moskwy jest to wciąż jej dominium.
W sytuacji, gdy Gruzja chce wstąpić do NATO, zaś Amerykanie chętnie by tam zainstalowali swoją bazę (były parę lat temu plany zainstalowania tam radaru), wojna na terenie tej byłej sowieckiej republiki wydaje się całkiem racjonalnym z punktu widzenia Kremla rozwiązaniem, żeby te plany na długi czas przeciąć. Naturalnie, wojska rosyjskie pełniłyby rolę stabilizacyjną w regionie (tak samo jak w Czeczenii), gdyż konflikt "sprowokowałaby", znając Moskwę, Gruzja. Nikt zresztą tak nie kocha pokoju, jak Rosja.
(for. PAP).


Komentarze
Pokaż komentarze (41)