Latem 1991 r. Polska już była, jak nas przekonywano, wolnym krajem, choć sejm nadal był kontraktowy, stacjonowały wojska sowieckie w wielu miastach, a jedyna istotna zmiana, to była taka, że po komicznych wyborach prezydenckich, w których starli się najpierw niezłomny Mazowiecki z dyktatorskim Wałęsą (jak go wtedy malowała "GW"), potem zaś wspierany przez bezpiekę i komunistów Tymiński ze swoją ciemną teczką i jeszcze ciemniejszą polszczyzną - z patriotą Wałęsą dysponującym własną wersją polszczyzny - zwyciężył ten ostatni.
Po dziś dzień właściwie nie wiem, co skłoniło salonowe środowisko skupione wokół Mazowieckiego do forsowania jego kandydatury. Może to klasyczna już buta tego środowiska, każąca mu widzieć się jako areopag polskich spraw, może też klasyczna już utopijna wizja rzeczywistości, w której "ludzie mądrzy" po prostu chcą decydować o losie Polaków, ponieważ poza tymi mądrymi nikogo mądrego już nie ma, co oczywiste. Tak czy tak, od czasów sromotnej klęski Mazowieckiego i dymisji jego rządu mijało już pół roku, ale za to w międzyczasie działy się wokoło ciekawe rzeczy. W lutym 1991 w Budapeszcie państwa Układu Warszawskiego zaprzestały oficjalnie wojskowej współpracy, choć w styczniu owego roku wojska sowieckie dokonały ataku na litewską wieżę telewizyjną. W polskim rządzie, po odejściu takich legend WRON-u, jak wicepremier gen. Kiszczak (a wcześniej I premier po "kontraktowych wyborach") czy weteran Ludowego Wojska Polskiego gen. Siwicki, którzy obejmowali swoje resorty w ekipie Mazowieckiego na zasadzie nieprzerwanej pracy od początku lat 80. - część postaci była odziedziczona po poprzednim teamie (Balcerowicz, Skubiszewski), a część, to były nowe-stare twarze, jak np. Kołodziejczyk, szef MON, minister bezpartyjny, co oznaczało, że już (od stycznia 1990) nie należał do PZPR i nie wypominano mu, że ukończył kilka sowieckich uczelni wojskowych. Był też Majewski na czele MSW (też postać ciekawa do zbadania - w 2006 r. chyba miał jakąś poważniejszą kolizję z prawem) czy Boni, Lewandowski itp. żywe legendy. Kołodziejczyk, co warto dodać (po ministerowaniu za Mazowieckiego i Bieleckiego), jeszcze powraca w konstelacji rządowej legendarnego premiera Pawlaka (jego II rząd). Takich bezpartyjnych fachowców mieliśmy zresztą po 1989 r. mrowie.
W lipcu 1991 r. rozwiązany zostaje Układ Warszawski, zaś już w sierpniu tego roku w ZSSR dochodzi do aresztowania (ówczesnego prezydenta ZSSR) Gorbaczowa i przejęcia władzy przez dotychczasowego wiceprezydenta Janajewa, który powołuje do istnienia Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego. W jego skład wchodzą m.in. dotychczasowy premier oraz szefowie MON-u, MSW i KGB. Sytuacja wygląda więc poważnie, ogłoszony zostaje bowiem stan wyjątkowy, przejęta kontrola nad prasą, wydana odezwa do narodu sowieckiego oraz zakaz demostracji i strajków, zaś do Moskwy wkraczają dywizje wojskowe i czołgi, by otoczyć co ważniejsze budynki.
Jedynym punktem oporu staje się Duma z ówczesnym (od czerwca 1991) prezydentem Rosji Jelcynem na czele. Co zaś dzieje się w Polsce? Opowiadają o tym w kwietniu 1992 r. świadkowie, m.in. ówcześni urzędnicy kancelarii prezydenta:
"Lech Kaczyński: Informacja o puczu w Moskwie [zamach stanu w ZSRR] dotarła do mnie z samego rana. Natychmiast udałem się do biura i zadzwoniłem do prezydenta, ale ten poinformował mnie, że już rozmawiał z kim trzeba i nie jestem potrzebny. Do Belwederu nie zostałem zaproszony. Wtedy podjąłem decyzję o rezygnacji ze stanowiska ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego, ale dymisję, z wielu względów, złożyłem dopiero przed wyborami.
Jarosław Kaczyński: W tym czasie zabiegałem razem z bratem o gwarancje od NATO [Polska - NATO]. Wydawało się, że pucz [zamach stanu w ZSRR] jest do tego jakąś okazją, ale i to diabli wzięli. Wałęsa odrzucił interesującą ofertę pośrednictwa w tej sprawie. Ponadto, ku naszemu zdumieniu, nie chciał zwołać Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jak twierdził, nie potrzebował żadnych rad.
(...)
Lech Kaczyński: Postanowiłem oddziaływać poprzez częste kontakty z premierem. [Jan Krzysztof] Bielecki powołał specjalny sztab na szczeblu ministerialnym. Poza ogólną oceną sytuacji rozważano zagrożenie granicy wschodniej, nie tyle przez Armię Radziecką, ile przez emigrantów. Starałem się śledzić reakcje NATO w odniesieniu do Polski i innych krajów Europy Wschodniej. Uważałem, że powstała szansa na pozyskanie pewnych gwarancji od Paktu Północnoatlantyckiego. Informacje napływające z Zachodu dawały jej pewien stopień realności. Wszystko rozgrywało się w ciągu 48 godzin i wszyscy mieli świadomość skali wydarzenia i skali zagrożeń.
19 sierpnia zwróciłem się z oficjalnym wnioskiem o zwołanie Rady Bezpieczeństwa, ale już po południu wiedziałem, że nic z tego. Lech powiedział mi, "że jest jak ryba w wodzie i że on rozgrywa wszystko, a pomaga mu minister [Mieczysław] Wachowski". Wyraźnie stwierdził, że to wyłącznie jego sprawa.
Jerzy Milewski: Prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego przypuszczalnie dlatego, że nie sądził, by w sposób istotny pomogła jemu lub rządowi w pracy. Zresztą prawo inicjatywy zwołania Rady przysługuje wszystkim jej członkom, a jakoś nikt ze strony rządu nie domagał się tego: ani minister spraw zagranicznych, ani obrony narodowej, ani spraw wewnętrznych, ani premier. Prezydent konferował z członkami Rady pojedynczo lub w małych grupach, tyle że nigdy w pełnym składzie i nigdy w siedzibie BBN przy Alejach Ujazdowskich 5, ale kilkaset metrów dalej - w Belwederze.
Jacek Merkel: Prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ciała, które stworzone jest właśnie na taką okazję. Natomiast, jak twierdził, powołał jakieś nieformalne, niekonstytucyjne ciało, w którym nie wiadomo kto był, chyba że minister [Andrzej] Drzycimski, minister Wachowski i ksiądz kapelan major Alfred Franciszek Cybula.
Jerzy Milewski: Premier powołał międzyresortowy sztab kryzysowy. W dniach puczu do rangi poważnego problemu urosła obecność 45 tysięcy żołnierzy radzieckich w Polsce. Ze strategicznego punktu widzenia jest to niewiele, lecz wystarczająco dużo, by zorganizować jakąś prowokację.
Lech Kaczyński: Obaj z bratem naciskaliśmy na Wałęsę, by nie prowadzić kolejnej rundy rozmów na temat wycofania wojsk radzieckich, zwłaszcza że wezwany do MSZ ambasador Kaszlew stwierdził, że nowe władze należy traktować jako element trwały, a według naszej oceny pucz się sypał. Strona rosyjska sama nie wiedziała, kogo reprezentować. MSZ jednak rozmów chciał i odbyły się, nie przynosząc żadnego postępu.
Jerzy Milewski: Byłem szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego i zastępcą ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego. BBN nie ma kompetencji wykonawczych, nie podlega mu żadna formacja wojska czy policji. Zbiera tylko i analizuje informacje do wiadomości i użytku prezydenta oraz członków Rady Bezpieczeństwa i formułuje propozycje. Uruchomiliśmy całodobowe dyżury i czekaliśmy na rozwój wydarzeń."
Ta strategia wyczekiwania tak została z kolei skomentowana:
"Jacek Merkel: Jeśli w sąsiednim mocarstwie ma miejsce pucz wojskowy o fundamentalnym znaczeniu dla bezpieczeństwa i suwerenności Polski, uruchomiona powinna zostać państwowa maszyneria według tajnego, wcześniej zaplanowanego schematu. Prezydent powinien zwołać w trybie natychmiastowym posiedzenie Rady Bezpieczeństwa, na którym ministrowie obrony, spraw zagranicznych i wewnętrznych zreferowaliby sprawę. Powinien powołać sztab antykryzysowy. Na podstawie uprawnień konstytucyjnych powinien też zwołać nadzwyczajne posiedzenie rządu. W tym czasie rzecznik prasowy prezydenta powinien kończyć orędzie prezydenta do narodu. Prezydent, jednocześnie przecież zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej, miał obowiązek wystąpić w TV z patriotycznym orędziem, takim, jakie wygłosił prezydent Kennedy podczas kryzysu kubańskiego czy Beck po ultimatum Hitlera. Tak się buduje historię. To przemówienie mogłoby wejść do kanonu polskich wystąpień politycznych. Tymczasem min. Drzycimski z drewnianą twarzą odczytał jakiś tekst. Nie tego oczekuje naród w tak dramatycznym momencie. Zdziwienie, bezradność, wzmożone obawy o własne bezpieczeństwo (słyszałem, że Wałęsa kazał wzmocnić ochronę osobistą), nerwowe telefony do Jaruzelskiego i Kiszczaka - tak zachowywał się prezydent w pierwszych godzinach puczu. Jeżeli się dzwoni do Jaruzelskiego, który ma wpływy wśród potencjalnych zwycięzców puczu, to znaczy, że nie wierzy się w to, iż ma się kontrolę nad własną armią. Nie tak zachowuje się głowa niepodległego państwa. [podkr. F.Y.M.]
Krzysztof Wyszkowski: Namawiano Wałęsę na wygłoszenie telewizyjnego przemówienia. Wałęsa jednak kręcił, nie chciał, w końcu odmówił. Konieczność publicznego wystąpienia przywódców narodu w chwili potencjalnego zagrożenia polskiej państwowości była tak oczywista, że premier Bielecki sam zdecydował się wystąpić przed kamerami. Przygotował tekst przemówienia, ale wtedy Wałęsa zabronił jego wygłoszenia.
Jarosław Kaczyński: Wałęsa najwyraźniej sądził, że pucz musi wygrać, chociaż z wypowiedzi Busha wynikało, że się sypie. Bush nie stawiałby przecież sprawy na ostrzu noża i nie szedłby na konfrontację z trwałą władzą, która ma 30 tys. głowic nuklearnych. A już w poniedziałek po południu zajął niesłychanie twarde stanowisko. Wałęsa do ostatniej chwili ignorował [Borysa] Jelcyna stawiając na [Michaiła] Gorbaczowa. Uważam, że to element jego politycznego infantylizmu i niesamodzielności. Nie wiem, czy pod wpływem prasy czy innych sygnałów mówił: "Ten Jelcyn to satrapa".
Wysoki Urzędnik Kancelarii: Wałęsa uważał, że prowadzi świetną politykę wobec Rosji: czekanie, nieczynienie żadnych gestów w żadną stronę, podtrzymywanie Gorbaczowa."
Ale teraz najciekawsze, sądzę, sformułowanie pojawiające się w tamtych relacjach:
"Wysoki Urzędnik Kancelarii: Istniało poważne podejrzenie, że KGB, które przetrwało jako struktura imperialna, prowadzi w Polsce działalność agenturalną, której celem jest utrzymywanie w kraju słabej władzy. Nie ma na to żadnych dowodów, ale jest wiele interesujących zbieżności."
(http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,48481,65942.html)
Pucz załamał się tylko dlatego, że część wojsk przeszła na stronę Jelcyna. I mimo walk i forsowania barykad wokół Dumy, do przejęcia władzy przez "jastrzębi" nie doszło. Gorbaczowa uwolniono, puczystów aresztowano, zawieszono jeszcze tego miesiąca działaność KPZS, zaczęto wymieniać kadry w ministerstwach itd. Czy jednak odsunięcie potem (1999 r.) Jelcyna i wybór Putina, nie doprowadziło do realizacji tych wszystkich podstawowych imperialnych celów, które stawiali sobie ludzie Janajewa?
Zauważyć warto następujące rzeczy. W marcu 1992 Wałęsa w Niemczech ogłasza pomysł NATO-bis oraz EWG-bis. W maju 1992 jest o krok od podpisania umowy o przyjaźni z Rosją (ZSSR już nie istnieje od paru miesięcy) dotyczącej przekształcenia posowieckich baz wojskowych w "enklawy biznesu". Po obaleniu rządu Olszewskiego i "wyczyszczeniu UOP-u" zaczyna swą intrygującą działalność płk. Lesiak, zaś w 1993 dzięki politycznym staraniom Wałęsy dochodzi do tryumfalnego powrotu komunistów na scenę polityczną (październik 1993 - zwracam jednak uwagę na pojawienie się ponowne (po krótkim ministrowaniu u Olszewskiego w rządzie) dr. Olechowskiego z tzw. BBWR-u w owym rządzie), który to powrót przypieczętowany jest dwa lata później zwycięstwem Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich.
Wspominam o tym nie tylko dlatego, że jesteśmy obecnie w fazie bardzo podobnej pod względem historycznym, wszak Wałęsa mocno się włączał w popieranie PO (i po raz trzeci objawił się mąż opatrznościowy i przyjaciel Rosji, Pawlak i inne nowe-stare twarze), ale dlatego, że po raz kolejny powraca stary, prorosyjski kurs w polskiej polityce. Można powiedzieć, że ten kurs jest jakimś nieusuwalnym elementem, jakby wpisany był w jakąś dodatkową klauzulę. Nie tylko przy okrągłym stole.
Sikorski mówi o tym, że będziemy utrzymywać relacje z Rosją taką, jaka jest. I owszem, Rosja jest taka, jaka jest, odkąd W. Putin w trakcie trwania puczu Janajewa w 1991 r. "wypisał się z KGB". Przez parę lat (od sierpnia 1996) towarzyszył Jelcynowi jako urzędnik jego administracji, później został premierem, potem p.o. prezydenta i wreszcie prezydentem. A teraz znowu premierem. Rosję taką, jaka jest zaś od wielu wielu lat interesuje to, co tak lakonicznie stwierdził jeden z urzędników prezydenckich w 1992 r., by w Polsce była słaba władza. I do tego, by to osiągnąć, nie musi już urządzać żadnych puczów - ani u siebie, ani u nas.


Komentarze
Pokaż komentarze (89)