Marszałek Komorowski wyjawił dziś kilka tajemnic postkomunistycznej Polski, z których najważniejsza brzmi tak: "depozytariuszami interesów państwa są służby specjalne". To do razu wiele wyjaśnia, choć dla każdego, kto pilnie obserwuje rozwój sytuacji w naszym kraju od blisko 20 lat, jest to tajemnica poliszynela.
Interesy państwa polskiego zdeponowane u ludzi Bezpieki? Czemu nie? Wszak to ludzie Bezpieki zasdiedli do okrągłego stołu, by z tą cywilizowaną częścią opozycji ustalać, jak reformować państwo rządzone po II wojnie światowej właśnie przez Bezpiekę. Jeśli więc ta ostatnia decyduje o tym, co jest polskim interesem narodowym, to nic dziwnego, że ktoś usiłujący wejść w kompetencje Bezpieki lub chcący je sprawdzić automatycznie "prowadzi działalność antypaństwową".
Jeśliby ktoś twierdził, że Komorowskiemu przytrafił się językowy lapsus i zamiast określenia "tajemnice państwowe" palnął o interesach państwa, to ja w odpowiedzi powiedziałbym, że żadnego przejęzyczenia nie było. Komorowski jest parlamentarzystą wszystkich kadencji, więc i retorem z wieloletnim stażem (swój renesans wszelako miał w okresie zwalczania kaczyzmu; u boku choćby Begerowej) i dokładnie wie, co mówi i co robi. Mało tego, marszałek koropnny, mówiąc o interesach państwa zdeponowanych u służb specjalnych wskazuje zarazem na to, że interesy te są tajemnicami państwowymi, których te służby rutynowo strzegą ((zresztą w wersji dźwiękowej używa on tych zwrotów zamiennie (http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/?id=50326)). Wszystko więc jest w porządku, Szanowni Państwo.
Komorowski powiada:
"Mam nadzieję, że prokuratura działa odpowiednio szybko i sprawnie w zakresie ważnym z punktu widzenia ochrony interesów państwa polskiego, których zawsze depozytariuszami są służby specjalne. Jeżeli istnieje podejrzenie o korupcję w kontekście działalności weryfikacyjnej i likwidacji WSI – to są tysiące ludzi ciężko sfrustrowanych, często zawiedzionych, zrozpaczonych, łatwo takich ludzi nie tylko skorumpować, ale łatwo ich także kupować. I mogą to robić osoby prywatne. Mogą to robić dziennikarze. A mogą robić tajne służby obcych państw. Więc sprawa wymaga skrupulatnego zbadania."
Skala więc całej sprawy jest "porażająca" (to słowo, co ciekawe, jakoś ostatnio się nie pojawia w debacie publicznej). Skoro tysiące frustratów i desperatów było w WSI, to chyba nawet lepiej, że znaleźli się poza tymi wojskowymi strukturami, jeśli zaś są oni łatwi do kupienia czy skorumpowania, to publikacja raportu polikwidacyjnego była strzałem w dziesiątkę. Co więcej, tymi wszystkimi ludźmi powinna się zajmować ABW jako potencjalnie zagrażających interesom państwa. No ale jeśli te interesy definiuje Bezpieka m.in. związana z WSI, to, jak już wiemy, z wypowiedzi Komorowskiego, definicja tego, co uchodzi za interes państwa może być odmienna.
Marszałek twierdzi zresztą, co jest niezgodne z prawdą, że to Bączek zawiadomił telewizję i "sterował dziennikarzami", i jakby tego było mało, to wyraża przekonanie, że zawiadomił on "ludzi Macierewicza" z programu "Misja specjalna". ABW wobec tego przyszła do jednych ludzi Macierewicza (chwała jej za to, bo tropienie oszołomstwa to podstawowe zadanie Bezpieki po 1989 r.), ci zaś zawiadomili innych ludzi Macierewicza, którymi też ABW się z marszu zajęła, wyrywając im sprzęt i rewidując (chwała jej za to, bo dała lekcję dobrych manier oszołomom). O co więc krzyk PiS-u?, zdumiewa się Komorowski, którego elukubracje należały do najgłośniejszych za czasów kaczyzmu.
"W imię interesu państwa nie powinno się krzyczeć, histeryzować wokół tej sprawy, tylko pozwolić prokuraturze dokonać wszystkich czynności śledczych i podjąć decyzję, czy występują do sądu o zatrzymanie, czy nie? Czy sprawa jest błaha, czy też śmiertelnie poważna? Na to nie wolno patrzeć z punktu widzenia jakiejś rozgrywki politycznej, bo to nie jest rozgrywka polityczna. Tylko trzeba na to patrzeć z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Jeżeli na podstawie działań prokuratury istnieją poważne przesłanki doz robienia jedenastu przeszukań, zatrzymania dwóch osób – nie członków komisji weryfikacyjnej, to znaczy, że są sygnały o poważnym zagrożeniu w tak ważnym dla państwa polskiego miejscu."
Sprawa na pewno jest poważna, ponieważ to właśnie nazwisko Komorowskiego, jak wspominała kiedyś "Rz", pojawia się w aneksie do raportu polikwidacyjnego, zaś na osobę marszałka jako kogoś tolerującego nieprawidłowości związane z WSI wskazywał też w wywiadzie sam Macierewicz(http://www.rp.pl/artykul/62847.html). Nic więc dziwnego, że Komorowski ochoczo popiera "propaństwowe" działania prokuratury i ABW. Nie kryje on zresztą wcale swojej niechęci wobec aneksu, który - mimo że go jeszcze nie otrzymał od prezydenta - uważa za jeszcze mniej wiarygodny niż raport. Tego ostatniego z kolei wiarygodność ocenia na 14%, co jest o tyle intrygujące, że wynikałoby, że olbrzymia większość dokumentów opublikowanych w tym raporcie i danych sporządzanych przez WSI to fałszywki, no ale w takim razie to tym bardziej należało tę organizację rozwiązać, a jej szefów wsadzić do więzienia za działalność antypaństwową. Aneks może być, rzecz jasna, niewiarygodny z tego choćby względu, że zawiera nazwisko Komorowskiego, choć na zdrowy rozum tego typu argument nie wydaje się zbyt mocny.
Z całego wywodu marszałka można wynieść rozmaite pożyteczne nauki. Po pierwsze, interesy Bezpieki są interesami państwa. Po drugie, niewykluczone, że także interesy Komorowskiego są interesami państwa. Jakie interesy może mieć zwykły obywatel? Przede wszystkim interes powinien w tym, żeby przypadkiem kasta nietykalnych nie wzięla go na celownik, bo na ściąganiu spodni do rewizji może się nie skończyć.
Macierewicz wspominał przed miesiącem o grupie przestępczej, która zajmuje się kontrakcją wobec działań komisji weryfikacyjnej (http://www.rp.pl/artykul/127183.html) i powinniśmy sobie wziąć to do serca, że ludzie z takiej grupy nie żartują.


Komentarze
Pokaż komentarze (43)