Dobra wiadomość dla WSI - można wracać. Jeszcze WSI więc nie zginęły (a już się wydawało, że został sam popiół (oczywiście bez diamentu)). To też dobra wiadomość dla Rosji.
Same dobre wiadomości. To, że rząd planuje storpedować prace komisji weryfikacyjnej, było jasne od początku, ale to, że zamierza unieważnić jej prace, to novum, choć przy tym zapleczu bezpieczniackim, które się ujawniło i w kampanii wyborczej, i w tej połowie roku prac "rządu Tuska", to nie dziwota, właściwie. Nie po to się szło do władzy, by nagle nie wywiązać się z zobowiązań wobec "oficerów WSI", czyli tzw. fachowców. Fachowcy zaś mają to do siebie, że nikt ich nie musi z niczego weryfikować, bo to oni są od sprawdzania innych. Szlify się wzięło w szkołach sowieckich czy posowieckich (różnica niewielka, jak wiemy), toteż żadne oszołomy nie będą grzebać takim fachowcom w papierach czy życiorysach. No więc, dość tej szkodliwej weryfikacji. I słusznie.
Dobra wiadomość też dla reszty obywateli, nie tylko dla WSI, ponieważ premier przyznał, że uczciwością i pracą ludzie się bogacą, zaś głównym celem jego "rządu" jest bogacenie się obywateli. Mija już dwadzieścia lat "ustrojowej transformacji" i jakoś fenomen bogacenia się ujawnia się głównie wśród ludzi czerpiących profity z polityki lub poufnych informacji ekonomicznych, z lewego byznesu bądź też załapania się do czerwonej nomenklatury. Chyba że ja coś nie rozumiem z idei bogacenia się. Mamy jednocześnie odpowiedź, dlaczego cały kraj się nie wzbogacił przez te 20 chudych lat. Po prostu, większość obywateli pracowała nieuczciwie lub w ogóle się obijała. Z tym zaciskaniem pasa za Mazowieckiego czy potem ponownie za Buzka, to było jedynie udawanie. Ludzie nie wzięli się do porządnej, uczciwej roboty i się nie wzbogacili. Uczciwie pracowali za to Urban, Krauze, Kulczyk, Piskorski, Lewandowski, no i wielu wielu innych, i się dorobili. Jest zresztą powiedziene: biedny, bo głupi.
Tedy premier, po powrocie z błogiego, welodniowego nieróbstwa, zachęca nas, byśmy się przestali obijać. Może chodzi mu o jakieś nowe etaty? Jest taka myśl "reformatorska", by przeciętny obywatel robił za trzech czy czterech i wtedy wyjdzie finansowo na prostą. Taka myśl ekonomiczna jest oryginalna, choć przypomina to stachanowszczyznę zmieszaną z niewolnictwem (choć czymże jedno od drugiego się różni?). W ten sposób ktoś pracujący w szkolnictwie np. powinien "łapać kilka fuch naraz", w ten sposób osiągnie przeciętną płacę w szkolnictwie na Zachodzie. Na prawdziwym Zachodzie, bo o Polsce mówi się, że to zachodni kraj, tylko że realia jakby wciąz wschodnie są. Ale co tam realia, do cholery, kiedy Polacy zasługują na cud gospodarczy. Przypomina mi się jednak, jak to Tusk obiecywał lekarzom, nauczycielom i innym frajerom, radykalne podwyżki i zdumiewał się, że J. Kaczyński "nie chce", by przedstawiciele tych zawodów zarabiali tak, jak na Zachodzie. Hm, dalibóg, ale za parę dni to właśnie nauczyciele zapowiadają strajk dotyczący kwestii płacowych, więc Tusk ze swoimi czarodziejami ekonomicznymi powinien w pośpiechu machnąć jakąś różdżką, by z jakiegoś kapelusza wysypał się dodatkowy miliard złotych. Albo powiedzieć nauczycielom, że jedynie uczciwością i pracą się wzbogacą, a nie strajkami. Za peerelu zresztą pierwsze komentarze, gdy wybuchały jakieś protesty społeczne, to były wyliczenia strat powodowanych przez "nieplanowe przestoje". Nikt, nawiasem mówiąc, nie wyliczył, ile straciliśmy na rządach komunistów przez te ich kilkadziesiąt lat gospodarki księżycowej (nie chodzi mi o zadłużenie kraju, ale o uczynienie go państwem na poziomie "stu lat za Murzynami"). Ale kto by to miał liczyć, skoro sami komuniści w postpeerelu stali się wzorowymi biznesmenami? No, a obywatele? Większość z nich nie stała się wzorowymi ludźmi interesu, gdyż umowa okrągłostołowa nie uwzględniała ich partycypacji w konfiturach władzy i tzw. prywatyzacji. To, że zwykli obywatele rozmaite procedury prywatyzacyjne nazywali złodziejstwem w biały dzień wynikało nie tylko z niezrozumienia powagi sytuacji (zwł. historycznej - konieczność dziejowa po 1989 r.), ale i ekonomicznej. Co tu dużo kryć, jeśli ktoś na co dzień się leni, to co może wiedzieć o prawdziwym byznesie, który rozkwitał wokół NFI czy innych cudownych rozwiązań ekonomicznych.
Warto przypomnieć, że stalinowskie hasło "do roboty, do roboty", funkcjonowało przez cały peerel, ale ze szczególną siłą powróciło w postpeerelu. Do roboty zapędzały nas kolejne rządy, nie kryjąc przygany, że "za mało łrobicje" (jak to mawiają Amerykanie do obijających się polskich workerów) i dając do zrozumienia, że Polska byłaby prawdziwym tygrysem środkowej Europy, gdybyśmy dawali więcej czadu przy warsztatach pracy. To hasło, zauważmy, jest wciąż aktualne. Nie należy się mu dziwić, ponieważ obywatele dla rządzącej klasy próżniaczej stanowią jedynie stado wołów roboczych, nic więcej. Za mało łrobimy, folks, dlatego podatków nie da się obniżyć, a ceny rosną. Tusk chce dobrze, tylko my, jak te woły, nie jesteśmy w stanie sprostać zadaniom.
Wałęsa kiedyś powiedział o ludziach ze swego otoczenia (Mazowieckim, Geremku etc.): "tylko takie konie miałem". Tusk zaś może o nas powiedzieć do swoich kolesi w Polsce i za granicą: "tylko takie woły mam".


Komentarze
Pokaż komentarze (32)