J. Targalski w swoim tekście opublikowanym na Niezależnej.pl wylicza sukcesy rządu D. Tuska, jednocześnie nie zgadzając się z tymi malkontentami, którzy twierdzą, jakoby ten gabinet przez pół roku przeleżał w piernatach.
Targalski uważa, że należy wziąć pod uwagę rzeczywiste cele, jakie stawiała sobie ekipa Tuska i skonfrontować je z działaniami tejże ekipy:
"Wbrew obiegowej opinii celem PO nie było budowanie autostrad, rozwiązanie problemu opieki zdrowotnej czy jakiegokolwiek innego. Nie po to środowisko bezpieczniackie doprowadziło PO do władzy by zajmować się jakimiś szpitalami lecz by przywrócić pełną kontrolę Ubekistanu nad Polską. A zatem jeśli władza nad Polską środowiska bezpieczniackiego, w tym środowiska byłej WSI, została przywrócona, to Tusk może z dumą zameldować, iż wykonał zadanie."
(http://www.niezalezna.pl/index.php/blog/show/id/101)
Historyczne skucesy rządu wg Targalskiego to: przywrócenie władzy środowiska bezpieczniackiego, zablokowanie prac Komisji Weryfikacyjnej, przywrócenie do pracy oficerów WSI, ustanowienie pozycji klęczącej w polityce zagranicznej, pogłębienie zależności energetycznej Polski od Rosji, batalia z mediami publicznymi, zakończenie walki z korupcją. Tuskowi i jego kolegom pozostało jeszcze, twierdzi Targalski, zniszczenie IPN-u (w związku ze "skandaliczną" książką o Wałęsie) i ewentualnie impeachment prezydenta.
Jak pisze jednak "Newsweek" zawirowania personalne związane ze służbami wcale się nie skończyły (http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=26008), oto bowiem A. Ananicz nie może już dłużej pozostawać na stanowisku p.o. szefa Agencji Wywiadu i nie wiadomo na razie, kto ma go zastąpić. Z kolei K. Bondaryk wyraża coraz większą irytację z powodu drążenia jakichś epizodów z jego przeszłości (http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=26029). To ciekawe, że Afera ABW została w mediach błyskawicznie zakryta tematami zastępczymi i ci, co jeszcze niedawno okazywali wzburzenie "sprzedawaniem aneksu" oraz "wykreślaniem nazwisk za łapówki" teraz zajmują się domniemanymi podsłuchami u "Kazia" ewentualnie obroną Wałęsy, tj. poszerzaniem i umacnianiem frontu antylustracyjnego i udają, że skandalu z udziałem ABW nie ma i nie było.
W tym ostatnim kontekście ciekawie brzmi wywiad z prof. W. Roszkowskim (http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=14514), który zwraca uwagę na to, że:
"te same osoby, które dzisiaj tak rozdzierają szaty nad wielkością Wałęsy obnażonego i skrzywdzonego, te same autorytety twierdziły, że polityka historyczna to jest propaganda, a nie badania. Więc tutaj mamy do czynienia z jakąś próbą badań i mówi się, że już nie wolno. Więc ja widzę w tym ogromną jakąś niekonsekwencję."
Moim zdaniem jednak nie ma w tym zachowaniu antylustratorów niekonsekwencji, ponieważ od samego początku konstruowania III RP budowie tego państwa przyświecała idea selektywnego podejścia do przeszłości i do tzw. autorytetów. Wyrazem tego było najpierw buszowanie po archiwach przez paru "mężów zaufania" oraz nieformalne zezwolenie na niszczenie dokumentacji esbeckiej przez samych esbeków (czy ktoś trafił za to do więzienia?). Otóż polityka historyczna realizowana przez środowiska oświeconych nigdy nie podlegała krytyce. Istotnym elementem tej polityki historycznej było (i jest) konsekwentne obarczanie Polaków winą za Holokaust (albo w takiej formie, że nasi rodacy włączali się w eksterminacyjne działania Niemców, albo zgotowali Żydom Holokaust po polsku już po wojnie). Innym elementem było podkreślanie "wesołości" naszego baraku w obozie sowieckim i kreślenie obrazu peerelu jako takiego może nieco zamordystycznego momentami (a i to nie zawsze), ale generalnie swojskiego państwa. Trzecim, konstytutywnym elementem było uwidacznianie roli tzw. konstruktywnej opozycji (vs środowiska destrukcyjne, antykomunistyczne) w tzw. obalaniu komunizmu, a w związku z tym (czwarty element) - eksponowanie konwersji środowiska komunistycznego. Chodziło oczywiście o konwersję na demokrację liberalną, czyli "pokojowe" odejście od "demokracji socjalistycznej".
Polityka historyczna oświeceniowców była więc ważnym elementem kształtowania świadomości społecznej Polaków po 1989 r. Ujawniała się ona nie tylko na poziomie działań poszczególnych rządów i propagandy w postkomunistycznych mediach, takich jak "GW", ale także w świecie literatury czy filmu. Wychowano i nagradzano całe zastępy politpoprawnych twórców, wiedzących, o czym i jak pisać, by ta polityka historyczna była także we współczesnej polskiej kulturze rozpowszechniana.
Dopiero w momencie pojawienia się "konkurencyjnej" polityki historycznej wraz z dojściem do władzy faszystowskiej kliki Kaczyńskich (wcześniej bowiem ta polityka historyczna była obecna w "niszowych pisemkach prawicowych", jak to mawiali funkcjonariusze imperium Michnika), pojawił się jazgot tego typu, że "polityka historyczna" to propaganda. Doszło więc do klasycznego, jak za czasów komunistycznej nowomowy, pomieszania pojęć i wyszydzania postaw związanych z kultywowaniem niepostkomunistycznej polityki historycznej. Doszło do tego jednak w imię postkomunistycznej polityki historycznej.
Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że nareszcie mamy sytuację, w której jasno widać, w jak fundamentalnym sporze stoją wobec siebie te dwie wizje Polski - wizja postkomunistyczna i antykomunistyczna. Wprawdzie Roszkowski twierdzi, że takiego sporu nie ma, ja jednak jestem przekonany, że obecnie osiągnął on apogeum i wnet nastąpi jakieś rozwiązanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (45)