Cóżbyśmy poczęli bez J. Żakowskiego? Czy ktoś wyobraża sobie polskie dziennikarstwo i publicystykę bez tego księcia dziennikarzy?
Oto w majowym numerze "Filmu" Żakowski w tekście "Książęta zbiorowej wyobraźni" wspomina huragan Katrina. Wspomnienie to przywołuje u niego dwa podstawowe skojarzenia: 1) aktora Seana Penna, który pognał w te pędy na miejsce katastrofy oraz 2) upadek G. Busha. Jest jeszcze wzmianka o "porządnej polskiej telewizji publicznej", której oczywiście nie ma, ponieważ nie relacjonowała jak reżyser Spike Lee relacjonuje to, co się wydarzyło po przejściu Katriny. W Polsce mamy natomiast "tylko komercyjną telewizję rządową", dodaje Żakowski w związku z tym.
"Wielu ekspertów uważa, że bezradność wobec Katriny zniszczyła pozycję prezydenta Busha w większym stopniu niż przegrana w Iraku",
pisze książę dziennikarzy. Jedno zdanie, a tyle treści, prawda? Podejrzewam, że gdyby Bush był w stanie zapobiegać huraganom, to zostałby prezydentem USA nie tylko na następne kadencje, ale pewnie i prezydentem całego świata. Co do przegranej w Iraku, to zapewne jeden Żakowski wie, na czym ona polegała, lecz mniejsza z tym.
Wróćmy do słynnego aktora (nawiasem mówiąc znakomitego, choć gotowego utopić Busha w łyżce wody, czemu niejednokrotnie dawał wyraz na forum publicznym), który tak zachwycił swoją postawą księcia:
"...kiedy patrzyłem na Penna, który jest wystarczająco sławny i bogaty, by beztrosko uprawiać clubbing w Nowym Jorku, Londynie czy Tokio, wywrywać laski w najdroższych kurortach albo trwonić fortunę w najelegantszych kasynach [zawrót głowy od tego wszystkiego - przyp. F.Y.M.], zamiast ryzykować życie, taplając się w śmierdzącej mazi, wśró trupów i fekaliów."
Brr! A fe! I dalej:
"Coś go przecież pognało do Nowego Orleanu. Nie jesteście ciekawi, skąd najlepszy aktor pokolenia 40-latków od razu wiedział, co należy zrobić?"
Jesteśmy ciekawi. I tu pojawia się ciekawe wyjaśnienie:
"Za szybko się tam pojawił, by mieć czas to sobie sprytnie wykalkulować. I nikt go nie namawiał. To nie była żadna elegancka międzynarodowa impreza, w ramach której gwiazdy w towarzystwie kamer i licznej ochrony pochylają się nad głodnymi afrykańskimi dziećmi."
Ten przykład służy Żakowskiemu do wytykania polskim aktorom i reżyserom braku zaangażowania w sprawy tego świata. Niby P. Małaszyński zrezygnował z udziału w sztafecie olimpijskiej, ale, zdaniem księcia dziennikarzy, ociąganie się trwało zbyt długo i nie wiadomo, czy do decyzji polskiego aktora nie przyczyniła się rezygnacja Reni Jusis.
Zdumiewa się nasz książę, dlaczego żaden polski Penn nie pojawił się, gdy doszło do wielkiej powodzi na Dolnym Śląsku, załamuje ręce nad tym, że nie ma żadnego polskiego Lee czy Michaela Moore'a, co by "opowiedział historię upadku polskiej służby zdrowia czy degradacji publicznej oświaty".
Nic dziwnego zatem, że za wzór dla dzisiejszych nieudaczników Żakowski stawia polskie kino moralnego niepokoju, którego twórcy, zdaniem księcia, "byli spadkobiercami XIX-wiecznych wieszczy mówiących nie tylko do nas i o nas, ale takze dla nas i za nas". Kto by pomyślał, że moralnie zaniepokojeni peerelowscy reżyserzy są aż tak wysoko na drabinie naszej kultury - to jednak tylko dowód, że człowiek uczy się przez całe życie. Ja nie wiem nawet, czy taki Z. Krasiński zamiast pisać "Nie-Boską komedię" nie zrobiłby lepiej, gdyby się przeniósł w czasie i obejrzał np. "Popiół i diament" i scenę zabijania przez AK-owców niewinnych "pracowników cementowni" na progu wiejskiej kapliczki. Dwa razy by się bowiem zastanowił, zanim by zaczął przestrzegać przed widmem rewolucji.
No ale odbiegłem od tematu. Pomijam, oczywiście, kwestię, na ile działanie Penna było spontaniczne, a na ile wykalkulowaną na zimno kampanią propagandową w jego wydaniu, bo najwyraźniej dla Żakowskiego nie ma tu najmniejszych wątpliwości, co do intencji działania. Sądzę natomiast, że pomysł, by polscy aktorzy udawali się z misją humanitarną na miejsca katastrof jest ciekawy. Nie wiem za bardzo, co mieliby tam robić (poza ewentualnym wystawianiem spektakli dla poszkodowanych w ruinach - ku pokrzepieniu serc), ale na pewno miałoby to poważny walor wychowawczy. A czy nie powinni też w takie miejsca jeździć także najwspanialsi publicyści? Przyglądać się sprawom osobiście? Może i dozorować pracę służb ratowniczych? Oczyma duszy widzę D. Olbrychskiego, jak biega z szablą wokół zawalonej hali chorzowskiej czy A. Wajdę jak nakazuje swojemu kamerzyście, by filmował ewakuację oddziału onkologicznego z jednego ze szpitali i robi stand-up z komentarzem na gorąco. Tego faktycznie w Polsce jeszcze nie było, a powinno być.
A co do współczesnego kina moralnego niepokoju, to także jestem za. Zamiast kręcić filmy o dobrych i dzielnych esbekach a la W. Pasikowski, można by nakręcić jakiś rozliczeniowy film na temat środowiska dziennikarskiego. A może nawet serial? Tak jest, serial. Był kiedyś taki wspaniały peerelowski serial "Dyrektorzy". Czas na serial "Dziennikarze". Nawet Żakowski mógłby zagrać główną rolę, w końcu przed kamerami występuje już od lat. Od razu zgłaszam akces do zakupu boksu z tym serialem na DVD.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)