Kiedyś medialną furorę robiły określenia "dyplomatołki", "bydło", "moherowe berety" itp. sympatyczne epitety tolerancyjnej i oświeconej części naszej elity politycznej, teraz jakoś pomysłowość lingwistyczna wygasła, tak jakby nie było powodów do śmichu.
Wysłanie prezesowi PR K. Czabańskiemu kopii wniosku do sądu rodzinnego przez min. A. Grada powinno wzbudzić falę radosnego pohukiwania i klepania się po udach, a tymczasem jakoś tak brakuje chętnych do nabijania się z tępoty ministerialnych urzędników. Nikt nie załamuje rąk, nikt nie rozdziera szat, nikt nie puka się w głowę, nikt nie trąbi o konieczności podawania się do dymisji. Nie słychać tropiącego prawnicze absurdy J. Palikota, ani S. Niesiołowskiego, ani nawet Komorowskiego, którzy zawsze usta mieli pełne komentarzy, gdy przyłapano jakiegoś ministra opozycji lub jego urzędników na niekompetencji. Tu zaś mamy do czynienia z ewidentną tępotą, a nie tylko niekompetencją. I co? I nic. I git.
Mało tego min. Z. Ćwiąkalski stwierdził, że sprawa wysłania wniosku do Czabańskiego to lapsus (http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=26357&Strona=1). Zazwyczaj określenie "lapsus" wiąże się z jakimś błędnym zapisem czy przejęzyczeniem, ale czy wysłanie przez urzędnika ministerialnego dokumentu napisanego przez ministerialnego urzędnika i podpisanego przez samego ministra skarbu można uznać za lapsus? Chyba tylko w leksykonie Ćwiąkalskiego. Ciekawe, swoją drogą, czy gdyby podobna historia przytrafiłaby się któremuś z ministrów J. Kaczyńskiego, to Ćwiąkalski też mówiłby o lapsusie. Mniejsza jednak z tym, wiemy wszak, że obecna ekipa kieruje się własnymi kryteriami nie tylko semantycznymi, ale i logicznymi.
Ćwiąkalski bowiem tłumaczy dalej tak, broniąc swojego kolegi z rządu, że częstokroć sam nie wie, co podpisuje. To akurat cenne wyjaśnienie, ponieważ w ten sposób dowiadujemy się, dlaczego ten rząd nie ma po pół roku pozorowanego działania (czyli po prostu bezczynności) żadnych sukcesów. Po prostu goście siedzą w swoich biurach, bezwiednie odfajkowują papiery i nic ich nie interesuje. No, najwyżej występy w mediach i analiza sondaży.
Ja się patrzy na tych ministrów i ich słucha, to coraz częściej pojawia się refleksja, że ci ludzie są na szczytach władzy, w gabinetach rządowych za karę. Ogrom trudności, które na nich spadły nie pozwala im nic kompletnie zrobić. Wszystko ich przerasta, wszystkiego jest za dużo. Nic dziwnego, że łapią się doraźnych rozwiązań, czyli klasycznej polskiej prowizorki i nawet kuratorem rodzinnym straszyć chcą prezesa PR tylko po to, żeby choć trochę zaszkodzić publicznemu radiu, skoro prace nad ustawą niszczącą media publiczne tak się wloką. Jeszcze w trakcie słynnej debaty D. Tusk - Kaczyński, ten pierwszy przepytywał ówczesnego premiera ze znajomości płac w budżetówce i rosnących cen i za obwinianie szefa rządu za sytuację w tych sferach dostawał oklaski z wielu stron, z cmokającymi z zadowolenia dziennikarzami włącznie, a już dziś, gdy role się odwróciły, a kiedy kwestia płac pozostała nieruszona, zaś ceny skaczą z miesiąca na miesiąc - Tusk nie tylko nie poczuwa się do winy za zaistniały stan rzeczy, lecz rozkłada bezradnie ręce (i najchętniej znowu by kaczystów tym wszystkim obciążył, tak samo jak min. K. Hall, dla której za bałaganem przy maturach stał R. Giertych). Na szczęście dla Tuska media i "eksperci" wskazują od razu na światową dekoniunkturę, na rosnące ceny ropy i w ogóle globalny kryzys gospodarczy. A przecież nie tylko miało być tak wspaniale, ale miało być tak prosto. Z nadejściem ekipy PO problemy finansowe Polaków i Polski miały zniknąć, a kraj miał płynąć mlekiem i miodem. Podatki miały maleć, zarobki miały radykalnie wzrosnąć, ceny nie miały być problemem, bo zasługiwaliśmy na cud gospodarczy. Czyżby PO pogubiła papiery ze swoimi uzdrowieńczymi ekonomicznymi rozwiązaniami? Przez dwa lata nie mogła się doczekać przejęcia władzy, a szuflady gabinetu cieni uginały się od nadmiaru pomysłów, kiedy jednak przyszło realne rządzenie, zaczęła wyłazić nie tylko słoma z butów, prywata i indolencja, ale zwyczajny strach przed jakimikolwiek poważnymi decyzjami.
Zapewniano nas, że rząd Tuska to będzie przed ewszystkim ekipa pragmatyków, którzy rozkręcą gospodarkę do wysokich obrotów, a tymczasem właśnie w dziedzinie gospodarczej okazuje się, że ci ludzie nie wiedzą, który przycisk w maszynerii nacisnąć, by zadziałała. Zapewniano nas, że co jak co, ale nie będzie politycznego wykorzystywania służb specjalnych do walki z opozycją, a przecież to właśnie jest główne zajęcie obecnej ekipy, która już nawet jakoś szczególnie się z tym nie kryje. Zapewniano nas wreszcie, że po watasze niekompetentnych dyplomatołków przyjdzie mocna "ekipa", niemalże jak z serialu A. Holland, tymczasem mamy renesans ludzi peerelu w MSZ-ie, renesans bezpieczniaków w służbach, a na arenie międzynarodowej wałęsanie się między Rosją a Niemcami.
No i właśnie to wszystko nadaje się zakomicie do śmichu, a jakoś prześmiewców brakuje. Nikt nie rży na całe gardło. Ani Miecugow, ani Daukszewicz, ani Majewski, ani Wojewódzki, ani wielu innych, co zwijali się ze śmiechu za rządów kaczystów. Nie rżą, bo musieliby też rżeć z własnej intelektualnej nędzy, nie tylko tej rządowej.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)