4 czerwca w III RP powinien uchodzić za datę mroczną z dwóch powodów. Po pierwsze, że owego dnia zaczęło się budowanie państwa postkomunistycznego, po drugie, że owego dnia (parę lat później) odbyła się bezprecedensowa "obrona oblężonej twierdzy" politycznej, czyli personalnych podstaw nowego ustroju.
Zwolennicy III RP powinni świętować nawet nie tyle 1989 r., co właśnie 1992, tak jak w historiach wojen świętuje się zwycięskie bitwy. Kontraktowe wybory to był początek drogi i jednocześnie "fatalna fikcja", mówiąc językiem J. Mackiewicza, w jaką wciągnięto spore części zdezorientowanego społeczeństwa polskiego, któremu po kilkunastu latach permenentnego kryzysu ekonomicznego nakazano na początek zaciskać pasa w warunkach szalejącej inflacji. "Nocna zmiana", w trakcie której doszło do prawdziwego zawiązania się establishmentu III RP (na którego rozbicie szanse dawała lustracyjna inicjatywa UPR-u poparta przez rząd J. Olszewskiego), stanowiła faktyczny akt założycielski nowego porządku po 1989 r., dlatego twierdzę, że budowanie prawdziwie wolnego od uwikłanego w rokowania z komunistami i bezpieką (już nawet nie w 1989 r., ale szczególnie w 1992 r.) państwa musi być zerwaniem właśnie z tą destrukcyjną tradycją, jak też i z tym establishmentem.
Wróćmy jednak do 1989 r. Z początku, gdy oglądało się relacje z obrad okrągłostołówców, to nawet z zainteresowaniem się słuchało wywiadów z Michnikiem czy Kuroniem, gdyż wypowiadali się oni z taką antykomunistyczną emfazą, że po latach nieobecności takiego języka w reżimowych mediach brzmiało to intrygująco i jakoś świeżo. Gdy jednak te obrady ciągnęly się w nieskończoność, zaczynałem tracić nie tylko zainteresowanie, ale i wiarę w to, że rokowania zmierzają do zmian tak radykalnych, jakie powinny nastąpić. I faktycznie, rokowania tamte nie spowodowały politycznego przełomu, a raczej, jak się wyraził IPN-owski historyk prof. A. Dudek w swojej książce, "reglamentowaną rewolucję". To określenie wydaje się niezwykle trafne, ponieważ odzwierciedla ono traktowanie społeczeństwa przez władzę komunistyczną i postkomunistyczną (w pierwszych latach mitycznej "transformacji"). Mianowicie, tak jak w długich latach nędzy po nastaniu stanu wojennego, kiedy reglamentacjami objęte były właściwie wszystkie dziedziny życia społecznego, tak "odzyskiwanie wolności politycznej i gospodarczej" racjonowano Polakom, żeby czasem nie zachłysnęli się zbytnio świeżym powietrzem i przypadkiem "aksamitnych rewolucjonistów" w szale radości nie zmietli z cokołów, na które sami ci rewolucjoniści powłazili, zanim wybiła pólnoc w tej politycznej baśni o bezkrwawym (pomijając zamordowanych w 1989 r księży) przejściu od komunizmu do postkomunizmu i zanim karta historii się przewróciła.
Słuchałem dziś w radiowej Jedynce wywiadu z prof. A. Paczkowskim, który kładł nacisk na słowo "porozumienie", odnosząc się do postawionej przez dziennikarza z nim rozmawiającego kwestii zmarnowania społecznego entuzjazmu towarzyszącego, mimo wszystko, przemianom nastającym w 1989 r. To porozumienie, jego zdaniem (ale też pewnie i zdaniem samych okrągłostołowców), wykluczało, jak sę wyraził, "karanie jednej ze stron". I dodawał, że, no, owszem, gdyby komuniści nieco "bardziej się kajali", za to, co było za poprzedniego reżimu, to może odbiór społeczny transformacji byłby inny.
Co do tej ostatniej uwagi, to rzekłbym o wiele więcej. Komuniści ani przez chwilę nie wyrażali skruchy, nie odczuwali wstydu, za nic nie przepraszali (przeprosiny wygłoszone kiedyś przez A. Kwaśniewskiego to była czysta kpina), przeciwnie - po pierwsze uważali, że rozmowy okrągłostołowe i "dopuszczenie opozycji demokratycznej do władzy" niejako "kasują wszelkie domniemane przewiny", a po drugie dodawali, że peerel to i tak było najbardziej liberalne państwo bloku sowieckiego, wobec tego nie ma powodu do jakichkolwiek aktów pokuty. I do żadnej, podkreślam stanowczo, żadnej pokuty nie doszło. Ba, stało się tak, że to "opozycja demokratyczna" ustami T. Mazowieckiego, wspaniałomyślnie "odkreśliła grubą linią", cytując słynne expose, w trakcie którego Mazowiecki łapał się za serce i miewał stany bliskie omdlenia (po dziś dzień nie mam pojęcia, dlaczego został wtedy wytypowany na premiera), ocenę i osąd działań komunistów. Akcentowano coś w rodzaju powstawania Polski z popiołów i zupełnie lekceważono sobie to, że takie jednostronne "przebaczanie" (bez społecznego przyzwolenia, dodajmy) zbrodniarzom komunistycznym prowadzi do społecznego poczucia niesprawiedliwości, ale też do czegoś o wiele gorszego: do poczucia bezkarności po stronie niedawnych budowniczych i funkcjonariuszy systemu przemocy.
Jakby jednak tego było mało, "demokratyczna opozycja" pozwoliła komunistom włączyć się w proces transformacji, doprowadzając do skandalicznego uwłaszczenia nomenklatury, co z zadowoleniem zresztą kwitowano na łamach "GW" ("rozwija się biznes"), na podobnej zasadzie, jakby ktoś cieszył się, że kieszonkowiec założył sklep z używanymi portfelami. Ale, jakby i tego było mało, to pozwolono komunistom zachować ich media i przejmować majątki związane z tymi mediami (np. słynne uwłaszczenie się redakcji "Polityki" i powstanie "spółdzielni"). Nie wchodząc już w dalsze szczegóły patologii transformacji, wystarczy powiedzieć jedno: nie dokonała się żadna forma ekspiacji, pokuty ze strony komunistów, a co gorsza, uzyskali oni przywileje zupełnie nieuzasadnione z punktu widzenia praworządnego państwa - wobec tego nie było i po dziś dzień nie ma żadnych podstaw do traktowania "ustrojowych przemian" poważnie. Takich przywilejów nie zaoferowano, zaznaczam, zwykłym obywatelom, którym jedynie wydrenowano oszczędności i polecono "zaczynać od zera" dochodzenie "z nędzy do pieniędzy", podczas, gdy establishment III RP bawił się na rautach i co roku z łezką w oku wspominał początki "aksamitnej rewolucji" (no pomijając 1992 r., gdy cieniem się położyła inicjatywa lustracyjna, od któej wiele osób omal nie dostało zawału serca).
I właśnie ten nieszczęsny (dla postkomunistów, rzecz jasna) 4 czerwca 1992 potwierdził najczarniejsze obawy krytyków "historycznej szansy". Jeśli wybór Jazurelskiego na prezydenta, desygnowanie Kiszczaka na premiera, poterm zupełnie bezkarne niszczenie esbeckich akt, nie wspominając o patologiach wymienionych wyżej, a jednocześnie, zapoczątkowanie (przy ochoczej współpracy komunistów) walki z "państwem wyznaniowym", "polskim antysemityzmem" oraz "oszołomską prawicą" nie stanowiły "znaków czasu", to na pewno negocjacje "utrwalaczy zdobyczy postkomunizmu" pod przewodnictwem Wałęsy (i Wachowskiego) dowodziły niezbicie, że "opozycja demokratyczna" pakt okrągłostołowy rozumiała jako o wiele ważniejszy aniżeli kwestię przejrzystości instytucji publicznych i bezpieczeństwa państwa. Dalsze lata i antylustracyjna konkwista, która swoje apogeum osiągnęła za czasów PiS-u, były tylko potwierdzeniem tej smutnej prawdy o współczesnej Polsce.
Wspomniałem na początku o "personalnych podstawach nowego ustroju". To sformułowanie wiążę z dość oczywistą kwestią nie tyle "wspólnoty życiorysów", co pewnej wspólnoty "uwłaszczycieli". Okrągłostołowcy potraktowali Polskę jako ICH WŁASNE dobro, które mogą stopniowo rozparcelować (częściowo między sobą czy swoimi środowiskami, vide uwłaszczenie nomenklatury właśnie). To ich poczucie "posiadania Polski na własność" i wielkodusznego (dla maluczkich) rozporządzania tą własnością jest wyjątkowo niebezpieczne dla Polski, zwłaszcza że ulega jakiemuś bezrefleksyjnemu utrwaleniu w świadomości społecznej. Do tych ludzi nie dociera już nic poza tym, że muszą bronić swojej wspólnoty, bo inaczej "wszystko się zawali". Im już nawet nie chodzi o to, by bronić (rozumianej po ichniemu) Polski, ale by bronić samych siebie, swojej mrocznej wspólnoty. I w tym sensie nie zasługują oni na szacunek i uznanie. W tym też sensie są obrońcami przegranej sprawy.
Dodam jednak, że nie obchodzi mnie zupełnie, czy zdadzą sobie oni z tego kiedykolwiek sprawę, czy też będą do ostatnich swych dni bronić "ideałów okrągłego stołu". Historia już jest pisana na nowo i Polska nie zatrzyma się w swoim rozwoju na etapie bufora zwanego III RP.



Komentarze
Pokaż komentarze (199)