Przeczytałem opasłą książkę R. Ziemkiewicza i zadaję sobie pytanie, o co autorowi chodzi. Konwencja jaką obrał, nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy Ziemkiewicz stara się być analitykiem czy tylko publicystą. Temu ostatniemu wolno właściwie wszystko i za pomocą rozmaitych metafor może tak sobie ustawić do ciosu dowolnego polityka, że nie zostaną z niego wióry. Analitykowi politycznemu zaś wypadałoby odrzucić emocje, unikać języka obrazowego, trzymać się faktów i starać się nakreślić możliwie najszerszy obraz wydarzeń.
"Czas wrzeszczących staruszków" to był tekst, po który po lekturze porywającej "Michnikowszczyzny" sięgnąlem w ciemno. O ile jednak poprzednia książka Ziemkiewicza miała swoją dynamikę dzięki nieustannemu zestawianiu "mowy-trawy" Salonu z jadowitym komentarzem autora, o tyle "Staruszkowie" to właściwie dość zgorzkniały monolog i to mocno przegadany. Nie wiem, czemu tym razem autor zastosował taką konwencję, dość że nie wychodzi ona na zdrowie ani jemu, ani książce. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma w "Staruszkach" jakichś zachwycających fragmentów (o nich za chwilę), generalnie jednak czytając ten tekst odnosi się (być może mimowolne) wrażenie wodolejstwa. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to komplement, lecz skoro Ziemkiewicz potrafi być tak bezkompromisowy i bezlitosny w stosunku do tych, o których pisze, to i wobec niego tę samą miarę można przyłożyć.
Zacznę od kwestii godnych zauważenia i pochwalenia. Na pewno określenie "moralistyka towarzysząca" (s. 11) w odniesieniu do polskiego dziennikarstwa masowego jest trafne i powinno wejść na stałe do języka diagnozującego pogłębiające się patologie występujące w polskich mediach mainstreamowych. Zwrot "telewizja Bukareszt" (s. 35) na TVN24 powinien się odnosić nie tylko do czasów, gdy ta stacja relacjonowała sprawę Begerowej i "taśm prawdy", ale w ogóle do sposobu relacjonowania wydarzeń przez tę telewizję. Jeśli ktoś pamięta rok 1989 i przejęcie w Rumunii stacji telewizyjnej przez powstańców, którzy stali potem na wizji tłumem przed kamerą i jeden przez drugiego coś opowiadali telewidzom, to sądzę, że z powodzeniem ten komiczny obraz może odnieść do praktyki dziennikarskiej panującej w TVN24.
Jest wiele prawdy w tym, co pisze Ziemkiewicz:
"Polska zbudowana prz Okrągłym Stole, III Rzeczpospolita, nie stała się dla Polaków wspólnym domem - i bez generalnych zmian ustrojowych nie stanie się nim, chocby Adam michnik wygłosił jeszcze pięćdziesiąt płomiennych wykładów w jej obronie, a jego gazeta wręczyła Geremkowi, Mazowieckiemu, Kwąsniewskiemu po nie wiem ile kolejnych nagró i honorowych tytułów. Wytworzony w peerelu podział My - Oni pozostał, choć Oni się zmienili." (s. 101-102)
Zdaniem autora mamy do czynienia z tzw. Polską Samoobronną, w której interes poszczególnych grup zawodowych góruje nad dobrem wspólnym; w której rządzą sitwy, koterie i rozdęta do niemożliwych granic skorumpowana biurokracja i znakomicie miewa się czerwona nomenklatura, której na rozkradanie majątku państwowego rząd Mazowieckiego dał zielone światło (s. 110).
"Polska współczesna wciąż ma problem ze stworzeniem systemu, w którym (...) każdy może bez przeszkód realizować swe aspiracje i talenty." (s. 116).
I co do tego absolutna zgoda. Tak samo, jak co do tezy, że w punkcie wyjścia III RP formowana była jako państwo bez idei (s. 106-107), choć rzekłbym, że trafniej byłoby tu powiedzieć, że formowano ją programowo bez WIELKIEJ idei. III RP miała być państwem politpoprawnym, zdominowanym przez "oświeconą lewicę", czyli Salon, a więc tworem nienawiązującym ani do tradycji "pańskiej" II RP, a ni tym bardziej "katolicko-anarchistycznej" I RP. Idea więc była dość czytelna - choć może nie dla przeciętnych obywateli, którzy dopiero po paru latach spostrzegli, że establishment zaczyna ich klasycznie "wpuszczać w kanał". Ideą tą była KONTYNUACJA PEERELU, innymi słowy budowanie peerelu-bis lub, jak pisywał w swoich notkach redakcyjnych "bruLion" - RPRL-u. Akronim RPRL jest o tyle trafniejszy od określenia "peerel-bis", że zachowuje z jednej strony nową frazeologię polityczną, a z drugiej oddaje istotę rzeczy, tj. hybrydalną formułę polskiej państwowości po 1989 r. Dodałbym też, że tak, jak peerel ostatecznie był państwem satelickim, tak samo satelickość zachowywać miał RPRL.
Nie można też nie zgodzić się z Ziemkiewiczem, gdy w związku z tym pisze o kompradorskiej mentalności polskich elit politycznych (por. s. 272):
"Grzechem pierworodnym elit kraju postkolonialnego, grzechem, który długo nie jest im przez prosty lud wybaczany, jest to, że nie udowodniły one praw do swej szczególnej pozycji. Otrzymały ją w prezencie od okupanta, w zamian za wyświadczone mu przysługi. Sukces w takim kraju nie zależał od spełnienia warunków powszechnie akceptowanych; nie zależał od pracowitości, przedsiębiorczości, talentów, w każdym razie nie tak był postrzegany. Zależał - takie przynajmniej panuje przekonanie - od wysługiwania się kolonizatorom. Kolonizatorzy odeszli, ich miejscowi kolaboranci pozostali i nawet jeśli jest rzeczą oczywistą, ze nie sposób się bez nich obyć, bo ktoś musi zaludniać urzędy, szkoły, kancelarie prawne etc. i innej elity po prostu się nie ma (...). Z drugiej strony - jeśli kolonizatorzy swą wyższośc nad miejscową ludnością uważali za coś oczywistego, niewartego zastanowienia, to pogarda, jaką dla własnego narodu potrafi żywić kompradorska elita, często przeradza sięw prawdziwą namiętność."
I nieco dalej:
"Szczególną cechą elity kompradorskiej jest jej głebokie przekonanie, że jedyną drogą do cywilizacji jest przejęcie wszelkich wartości i rozwiązań z metropolii - nawet wtedy, jeśli już dawno wycofała się ona z bezpośredniej kolonizacji. Najglębiej obca jest jej myśl, że każdy naród może potrzbować swojej, specyficznej modernizacji. Że w ich własnej, miejscowej tradycji to i owo może być warte zachowania. To zrozumiałe - że komprador wszystkiemu, co swojskie, odmawia jakiejkolwiek wartości, że stara się być bardziej biały od białych, zachłystuje się w zachwycie każdą płynącą z metropolii nowinką: a już jeśli ktoś stamtąd łaskawie go dostrzeże i pochwali, po prostu nie posiada się ze szczęścia" (s. 273).
Ten proces pozostawania w "satelicie jakiejś metropolii", jak to obrazowo ujmuje Ziemkiewicz w sposób dobitny dowodzi, jak niedaleko odeszliśmy od peerelu. Należy dorzucić, że tych metropolii to można by wskazać przynajmniej dwie: Berlin i Bruksela (z naciskiem na tę pierwszą), ale i głosów z Paryża i Moskwy polska "obrazowanszczina" - jak nazywa "wykształciuchów" za Sołżenicynem Ziemkiewicz - nasłuchuje z drżeniem serca dniem i nocą.
Wspomniałem o "bruLionie". Ziemkiewicz przywołuje w swojej książce ciekawe spotkanie A. Michnika i R. Tekielego (s. 288-289). Co starsi mogą pamiętać, jak to podziemne pismo (wydawane w kieszonkowych jeszcze formatach) rozchwytywane było w II połowie l. 80. i jaką cieszyło się rewerencją ze względu na swoją obrazoburczość i bezkompromisowość. Pod koniec ówszesnej dekady na audiencję do siebie wezwał Tekielego sam Michnik i stwierdził, że komuna już ledwie dycha, a prawdziwym zagrożeniem jest, jak pisze Ziemkiewicz, "endecki, katolicki ciemnogród (...) wszystkie te przedwojenne nacjonalistyczne demony wyskoczą jak dżin z butelki i zaczną robić tu straszne rzeczy." Ku zdumieniu Michnika Tekieli go wyśmiał, twierdząc, że ten pierwszy nie ma bladego pojęcia o mentalności Polaków. Michnik wtedy zapowiedział, że Tekielego zniszczy i sprawił, że jak ręką odjął znikła pomoc finansowa i techniczna dla "bruLionu" z Zachodu.
Mała rzecz, a cieszy, prawda? Zebrałem tu jednak pewne nieco dygresyjne uwagi, całość bowiem książki Ziemkiewicza da się bowiem zakwalifikować jako swego rodzaju psychologia polityki (po uprzednim tej polityki spersonalizowaniu) i właściwie sprowadza się do analizy korelacji między osobowościami J. Kaczyńskiego i Michnika właśnie. I tu się właściwie zaczyna moja polemika z autorem "Staruszków" (nawiasem mówiąc tytuł wyjątkowo nietrafiony w przeciwieństwie do "Michnikowszczyzny").
Można bowiem patrzeć na politykę z perspektywy metapolitycznej, gdy staramy się ocenić pewne programy, koncepcje idee, działania nie wchodząc w kwestie, że tak powiem, rekonstrukcji i analizy osobowości poszczególnych protagonistów. Można też przyjąć punkt widzenia "psychologia dziejów", który poprzez wiwisekcję wnętrz i sposobów myślenia wybranych polityków stara się nakreślić obraz sceny politycznej. Nie muszę ukrywać, że perspektywa ostatnia nie tylko nie gwarantuje obiektywizmu, ale nie pozwala na oddzielenie publicystyki od analizy. Co gorsza, nie pozwala właściwie docisnąć autora do muru, ponieważ Ziemkiewicz psychologizując na temat polityków zawsze może powiedzieć: to tylko takie moje obrazowe pisanie, a nie refleksje na serio. Sprawę dokładnego wglądu w to, co chce naprawdę powiedzieć autor "Staruszków" utrudnia to, że co rusz posługuje się on barwnymi, piętrowymi metaforami, jak choćby ta opisująca Kaczyńskiego brnącego w trzęsawiska.
Zacznijmy od tego, że w swojej książce wieszczącej polityczny kres Kaczyńskiego, Michnika i Tuska, Ziemkiewicz kwestionuje generalnie przesłanie o istnieniu Układu. Jego zdaniem można mówić o istnieniu "nowotworu, narośli", ewentualnie różnych mafii, nie zaś skoordynowanej struktury stanowiącej rezerwuar komunistycznego układu sił (s. 294-295, 361). Jednocześnie jednak w inym miejscu dodaje, mając na myśli kardynalny błąd ekip "solidarnościowych" po 1989 r.:
"Zarówno w telewizji, jak i w specsłużbach, hołd złożony nowym ojcom chrzestnym przez postkomunistów, był tylko pozorem, grą na czas. Gdy sytuacja polityczna zmieniła się, wracali oni do swoich prawdziwych hierarchii i podległości" (s. 444).
Wynikałoby stąd, że jednak "narośl" ma charakter jak najbardziej ustrukturowany i zhierarchizowany, wbrew temu, co sam autor sugerował nieco wcześniej, sprzeciwiając się diagnozom Kaczyńskiego. Co więcej, wg Ziemkiewicza, szef PiS-u popełnił ten sam błąd co poprzednicy z ekip solidarnościowych, ponieważ do walki z naroślą wykorzystał ludzi pokroju Kaczmarka, Netzla, Kornatowskiego itd., czyli tzw. "naszych sukinsynów" (por. s. 444-447). Nie przekonują Ziemkiewicza zatrzymania, aresztowania - Kaczyński po prostu świadomie oparł się na tego typu ludziach (s. 442), co go dezawuuje, zdaniem autora "Staruszków", zarówno jako modernizatora, jak i bojownika z III RP. Dodaje on zarazem, że słynna konferencja prokuratorów z opublikowaniem podsłuchów rozmów Kornatowskiego, "specjalisty od śrub" etc. pokazała "kawałek prawdziwej Polski" (s. 441).
Sprawiedliwość jednak nakazuje uwzględnić także zapisy rozmów u Gudzowatego oraz Rywina i Michnika, by ten obraz był pełniejszy. Zaskakujące jest to, że Ziemkiewicz stawia sobie po latach pytanie to samo, które kiedyś sformułował Kwaśniewski, jakoby do końca nie było wiadomo, o co chodziło z ujawnieniem przez Michnika całej "afery" (s. 363). Dlaczego w sytuacji, gdy postkomunizm krzepł z roku na rok i właściwie nie istniało zagrożenie "państwem wyznaniowym" i "endeckim ciemnogrodem", Michnik naraz "rozdarł zasłonę" i pokazał rzeczywiste oblicze III RP? Odpowiedź, sądzę, wydaje się nieskomplikowana. Ponieważ oferta okazała się za mała. Gdyby Rywin zaproponował Michnikowi stację telewizyjną, której nieposiadanie spędza "nadredaktorowi" sen z powiek od wielu lat, to sprawa zostałaby zapewne klepnięta i do żadnego wystawienia komunistów do odstrzału by nie doszło. Michnik sądził też, podejrzewam, że wnet szeroko rozumiana reprezentacja polityczna jego środowiska przejmie władzę i wszystko pozostanie w rodzinie. Nie mógł się spodziewać tego, że sprawy do tego stopnia się wymkną spod kontroli, że na plecach ludzi namaszczonych przez Salon - do władzy dojdą "faszyści". Postawiłbym dowolną sumę na poparcie tezy, że gdyby Michnik wiedział, że po aferze Rywina zatryumfują faszyści, to nie dopuściłby do "zerwania zasłony III RP" tylko zamiótłby sprawę pod dywan, czekając lepszych czasów.
Ziemkiewicz formułuje kilka podstawowych (i dość już ogranych) zarzutów wobec Kaczyńskiego: oparł się na "naszych sukinsynach" w "walce z Układem", dał się złapać w pułapkę zastawioną przez Tuska (s. 316), czyli koalicję z SO i LPR-em, głównym kryterium doboru wspólpracowników było osobiste zaufanie nie zaś kompetencje (s. 435), nie doprowadzono do otwarcia archiwów i lustracji, a winę za niepowodzenia polityczne zwalano na atakujące rządy PiS-u media. Z wywodów autora "Staruszków" można by wywnioskować, że twarzami tychże rządów byli głównie Lepper i Giertych (po usunięciu Marcinkiewicza), tak jakby nie dołączyli do PiS-u ludzie tej klasy, co Gilowska czy Religa (stanowiący wszak "twarze PO" w kampanii wyborczej w 2005 r.). Jakby tego było mało, to Ziemkiewicz nieustanie kładzie nacisk na "demagogię" PiS-owskiej propagandy znajdującą odzew u różnych "roszczeniowych" grup zawodowych, tak jakby programu PiS-u nie poparli rozmaici naukowcy, typu Z. Krasnodębski, A. Nowak i wielu innych. W całej zaś psychologicznej analizy Kaczńskiego (i jego alter ego - wg Ziemkiewicza - Michnika) brakuje szczegółowego opisu działań Salonu wobec "kaczystów" (analizowano "pisomowę", tworzono diagnozy faszyzmu i neostalinizmu itd.), uwzględnienia obstrukcji stosowanej przez samych koalicjantów (niejednokrotnie "ogon kręcił psem") oraz rozpętywania przez ówczesną opozycję irracjonalnych protestów społecznych (spontaniczne demonstracje uczniów w obronie Gombrowicza, "białe miasteczko" itd.). W rezultacie powstaje dość wycinkowy obraz burzliwych dwóch lat "budowy IV RP", a tę wycinkowość stara się uzupełnić swoimi metaforami i psychodiagnozami Ziemkiewicz.
Jedną z tych ostatnich jest ta: Kaczyński kompensuje sobie odrzucenie Salonu, do którego kiedyś zgłaszał akces (autor przywołuje sytuację, kiedy Kaczyński na jakimś pradawnym spotkaniu KOR-owców "zajął krzesło Kuronia" i rozwodzi się nad tym epizodem jak kosmolog nad Big Bangiem). Z jednej strony szef PiS-u przypomina Ziemkiewiczowi Wałęsę, z drugiej zaś - Michnika. Problem przebudowy państwa zamienia się w ten sposób w kwestię wzajemnych animozji między Kaczyńskim z Michnikiem, którzy są wizjonerami dążącymi do tzw. Wielkiej Zmiany, do trwałego zapisania się w historiii Polski i definitywnego wpłynięcia na bieg tej historii. Takie spersonalizowanie i taka psychologizacja polityki pozwala Ziemkiewiczowi głosić (po latach obserwowania zmagań tychże protagonistów) kres ich misji. Zdaniem autora "Staruszków" nasz kraj wciąż nie może się doczekać modernizatorów z prawdziwego zdarzenia, zaś modernizacja jest tym, czego Polacy oczekują najbardziej.
Pokutuje w tym myśleniu coś jeszcze. Nie od dziś wiadomo, że dla Ziemkiewicza L. Balcerowicz jest jednym z pozytywnych bohaterów naszej współczesnej historii gospodarczej i być może publicyście marzy się "drugi Balcerowicz", który dokonałby jakiegoś "durigego etapu reformy" i zamienił Polskę w kraj normalny pod względem ekonomicznym. Ja osobiście nie mam pojęcia, jakby się to mogło stać, biorąc pod uwagę trwanie mafijnych relacji w sferach biznesu i polityki. Ważne jednak jest co innego. Z książki Ziemkiewicza właściwie nie porzebija żadna pozytywna wizja Polski, żadna wyrafinowana koncepcja polityczna. Mamy właściwie totalną krytykę wszystkiego i jedno magiczne hasło "modernizacja", które bez wątpienia, nie chwyta byka za rogi. Przyznam szczerze, że spodziewałem się po tym zdolnym publicyście i pisarzu dużo więcej.


Komentarze
Pokaż komentarze (64)