Rzeczpospolita w ostatnim wydaniu weekendowym 25-26 kwietnia 2009 na stronie 1 zamieściła informację o interpelacji posła Krzysztofa Putry w sprawie zatrudnienia nowych urzędników lub redukcji etatów i oszczędności w ministerstwach: Izabela Kacprzak: Rząd Tuska pęcznieje. Na stronie A2 komentarz zamieścił Piotr Gabriel: Coraz droższe tanie państwo Tuska.Przyjrzyjmy się tym danym i komentarzom do nich.
Dane:
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego: wzrost zatrudnienia z 381 do 459 osób: przybyło 88 osób, czyli ministerstwo powiększyło swój stan kadrowy o 20%
Ministerstwo Skarbu Państwa: z 666 do 735, przybyło 79, wzrost o 10%
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji: z 999 do 1079, przybyło 80 nowych pracowników, wzrost o 8%
Ministerstwo Sprawiedliwości: z 897 do 964, przybyło 67, wzrost o 7%
Ministerstwo Środowiska: z 461 do 502, przybyło 41, wzrost o 7%.
Komentarze
Jeremi Mordasewicz, ekspert KPP Lewiatan: „rozrost biurokracji to przykra cecha administracji publicznej i rząd Tuska nie jest wyjątkiem”.
Piotr Gabriel: „nasze szybko drożejące państwo jest nadal państwem kiepsko funkcjonującym, czyli słabym” i przypomniał słowa z sejmowego expose D. Tuska: ”dzięki tej ekipie i tej koalicji ideał taniego państwa stanie się faktem. Szybciej niż ktokolwiek może się spodziewać”.
Krzysztof Zaremba: „w polityce rządzi dziś brutalna praktyka, bezideowość i fetysz skuteczności. Nie ma debaty, nie ma dyskusji. Są tylko obrazki, narracja, propaganda, żołnierska dyscyplina, ubezwłasnowolnienie parlamentarzystów i esemesowe instrukcje” (Zimny cynizm Platformy – Piotr Kołbaczyk rozmawia z senatorem Krzysztofem Zarembą: Rzeczpospolita, ten sam numer A7).
Era Internetu czy katorżniczej roboty urzędników?
Tych kilka wybranych komentarzy – w tym senatora Zaremby dotyczącej prywatyzacji stoczni szczecińskiej i sytuacji w partiach – daje niewielki ale poważny przynajmniej pogląd na aktualny stan rzeczy.
Na początek pozwolę się nie zgodzić z opinią p. Mordasewicza, którą uważam za błędną: rozrost biurokracji nie jest żadną cechą administracji polskiej. „Cecha” oznacza coś nieusuwalnego, stały i niezmienny przymiot rzeczy. Rozrost biurokracji w Polsce natomiast jest skutkiem kryzysu kompentencji w partiach – dokładny obraz tego kryzysu znajduje się w cytowanej wypowiedzi senatora Zaremby.
Podobnie twierdzi też prof. Krasnodębski: dyskusja o metodologii nauk związana z pracą magisterską p. Zyzaka oparła się aż o rząd i osobiście premiera D. Tuska (Rzeczpospolita 18-19 kwietnia: Rewolucja TuskaA11-13). Sprawa ta jest całkowicie kompromitująca: przeczy autonomii uniwersytetów, wolności badań naukowych, blokuje rozwój nauki. Ale świadczy też o braku kompetencji polityków i braku u nich podstawowej wiedzy o rozwoju nauk w XX stuleciu – metodologów było i jest pod dostatkiem Szanowni Panowie.
Należy też postawić otwarcie pytanie: jak to się dzieje, że w erze internetu i komputeryzacji rosną gabinety w ministerstwach? Prof. Kabaj w 2005 roku postawił tezę, że rozrost biurokracji po 1989 roku w Polsce może nawet doprowadzić do wybuchu społecznego. Sieć pozwala na szybszy obieg dokumentacji i sprawniejsze działanie biur. Może politycy polscy nie mają pojęcia o sieci? Może mają fatalnych doradców? Armia ponad 500 tysięcy państwowych urzędników obciąża budżet – coraz większymi kwotami z roku na rok jak widać z danych i podraża państwo. Czyni je też niesprawnym w kontekście jego działań opartych o wadliwe i sprzeczne często ze sobą ustawy.
A może politycy polscy mają fałszywą z gruntu definicję polityki: jako walkę wodzów i ich przybocznych drużyn o wpływy, stanowiska i synekury - ale po co ta walka coraz większa część społeczeństwa już nie rozumie. Zwłaszcza, że jest to walka – jak trafnie powiedział senator Zaremba – na triki i całkowicie pozorne problemy. Nie jest to debata merytoryczna i kompetentna oparta na rzeczowych argumentach
Dlaczego nie ma debaty? Polscy politycy za prezydentem USA Obamą czy G. Bushem jr.?
A dlatego, że trzeba mieć dość dobre pojęcie o świecie, Europie i Polsce, inaczej – trzeba rozporządzać realną wiedzą na ten temat. Wojna partii polskich na telewizyjne spoty reklamowe – oferowana nam znów przed kolejnymi wyborami – cofa nas do epoki kamienia łupanego. Społeczeństwo nie ma przecież żadnego wpływu na listy wyborcze do Europarlamentu! Nie ma też wpływu na wzrost bezrobocia, wzrost cen i kolejne prywatyzacje i obniżanie się stopy życiowej. Więc w czyim imieniu podejmują decyzje politycy w Polsce?
Obawiam się, że nie rozumieją też, że czasy w światowej polityce się zmieniły – rozumieją to świetnie np. w Niemczech. Z chwilą wyboru Obamy nadszedł czas na rzetelne argumenty, nie na propagandę. Natomiast trzymanie Polaków przez partie polityczne w opłotkach kilku partyjnych kłótni sprowadza społeczeństwo polskie do roli bohaterów filmu „Sami swoi” – Pawlaka i Kargula i ich wojen o miedzę!
Traktowanie Polaków jak rubasznych przaśniaków, którzy mają się śmiać na widok kolejnych klipów partyjnych – stawia nas wszystkich na przegranej pozycji.
A może jednak: debata o emeryturach z OFE, zasiłkach dla bezrobotnych, redukcji zatrudnienia w ministerstwach (skąd ciągle brać mieszkania dla nowych urzędników w Warszawie?), edukacji publicznej, jakości życia, ochronie środowiska, kulturze, nauce, Europie?
I dodatkowo przepytać byłych europarlamentarzystów polskich: co robili przez kadencję? I o co w tym parlamencie europejskim idzie?
42
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze