galopujący major galopujący major
29
BLOG

Dla fanów USA

galopujący major galopujący major Kultura Obserwuj notkę 13

 

Jak podaje onet

 "Amerykański stan Illinois wydał pozwolenie na broń 10 miesięcznemu chłopcu. Od tej pory jest on legalnym posiadaczem strzelby, którą otrzymał w prezencie od swego dziadka. 10-miesięczny Howard David Ludwig nazywany przez najbliższych Bubba nie potrafi jeszcze mówić ani chodzić. Dlatego o pozwolenie na posiadanie broni wystąpił w jego imieniu ojciec. Wypełnił on odpowiedni formularz i uiścił opłatę administracyjną w wysokości 5 dolarów. Miesiąc później znalazł w skrzynce pocztowej kartę posiadacza broni. Poza zdjęciem bezzębnego jeszcze chłopca, jego imieniem, nazwiskiem i adresem jest na niej wzrost: 69 centymetrów oraz waga: 10 kilogramów. W rubryce "podpis" widnieje dziecięcy gryzmoł. Ojciec Buby wyjaśnił, że wystąpił o pozwolenie na broń gdy dziadek chłopca wręczył mu w prezencie strzelbę Beretta model 686, którą kupił dla wnuka w lokalnym sklepie z bronią". 

A oto co pisał w Polityce Marek Ostrowski

 "Matka Teresa przewodziła siostrom misjonarkom, które chciały zbudować schronisko dla bezdomnych w Nowym Jorku. Zrządził przypadek, bo siostry zimą 1988 r. znalazły święty obrazek w zniszczonych pożarem dwóch niewielkich domach przy 148 ulicy i uznały to za znak swojej misji. Burmistrz oddał zakonowi zniszczone budynki za dwa dolary (po dolarze każdy), ale i tak wymagało to półtorarocznej procedury, Amerykanie wcale nie są tacy sprawni, jak się myśli. Misjonarki zebrały 500 tys. dol. na wyremontowanie domów, założenie w nich kuchni, jadalni i schroniska. Matka Teresa w swoich założeniach przyjęła nie tylko zasady ubóstwa, ale i ascezy: siostry nie korzystają z pralek automatycznych ani ze zmywarek, piorą i zmywają ręcznie. Prawo w Nowym Jorku stanowi, że wszystkie domy nowe albo remontowane mają mieć windę. Zakonnice od Matki Teresy i tak nie korzystają z windy, nawet tam, gdzie jest (asceza), a ponadto winda podrażała projekt o 100 tys. dol. „Uważałyśmy, że lepiej wykorzystamy 100 tys. dol. na zupę i chleb” – pisała Matka Teresa, która zrezygnowała ostatecznie z budowy schroniska, podkreślając w liście do władz, że „siostry nauczyły się czegoś o prawie”.  

 

A teraz o kłopotach „ojca ośmiorga dzieci, Tony’ego Benjamina z Nowego Jorku, który przeczytał kiedyś o szkodliwości ołowiu i – naiwny – zwrócił się o pomoc do urzędów. Badania wykazały, że najmłodsze dziecko miało wynik na granicy normy. Okazało się, jak to w wielu starych domach, że pod nową farbą na ścianach są jakieś stare warstwy farb skażonych. Wyniki badań dziecka wysłane nieopatrznie do urzędów uruchomiły lawinę prawną. Rodzinie kazano się wyprowadzić, wszystkie tynki zedrzeć pod karą 8 tys. dol. Benjamin nie miał się gdzie ani za co wyprowadzić z ośmiorgiem dzieci, więc polecenie władz zignorował, tym bardziej że tymczasem odmalował ściany jeszcze raz i wszystko wróciło do normy, zdrowie dziecka także. No, ale bez wątpienia naruszył prawo! Inspektorzy zdrowotni, domagając się eksmisji rodziny z domu, objaśnili na piśmie, że nowe wyniki badań dziecka są bez znaczenia, bo władzom chodzi o przymuszenie obywatela, by przestrzegał prawa!"  

 

No i na deser co o USA pisał w Wyborczej Kazik Staszewski

 

 

„Jak pamięcią sięgam, wizyt w USA złożyłem bodajże 18. Były to wizyty prywatne (solowe i z całą rodziną), jak i takie, w trakcie których wykonywałem pracę solisty grup młodzieżowych. Nigdy nie przekroczyłem żadnego przepisu natury imigracyjnej, nie przedłużyłem ani jednego z owych 18 pobytów chociażby o sekundę. Mimo to w kwietniu 2002 byłem trzymany bez dania racji kilka godzin w ponurej kanciapie na lotnisku w Newark, do dziś nie wiedząc, o co właściwie chodziło. Dodam, że była to moja 17. podróż do USA. W końcu łaskawie mnie wpuszczono, niemniej przyjemnie nie było. Śmiem sądzić, iż swój wjazd zawdzięczam właściwie anonimowemu tłumaczowi, który przyprowadzon w zupełnie innej sprawie do owej ponurej kanciapy, przypadkowo mnie rozpoznał był. Teraz słyszę i czytam gdzieniegdzie, że jednak uniżona wizyta na najwyższym szczeblu nie przyniosła niczego nowego ("Kwachu nie Lechu" - jak zauważył trafnie jeden znajomy mieszkający w pobliżu nieszczęsnego Newark), a od września, jak nam wszystkim wiadomo, trzeba zdać ponadto odciski paluszków i takie tam inne.”

I jeszcze jeden felieton 

„Stany Zjednoczone to kraj kolosalnych możliwości. Dobrobyt budowany rękami obywateli USA ma może kilkanaście odpowiedników na świecie, jednak nigdzie dostępność szans na osiągnięcie owego dostatku nie jest tak powszechna. Ameryka jest piękna. Ameryka jest bezpieczna. Ale Ameryka nie jest wolna.

Spotkałem się onegdaj z poglądem, że wolność inaczej definiuje się w Europie, inaczej w USA i stąd cały ambaras. To tłumaczenie długo było dla mnie przekonujące, ale wraz z kolejnymi wizytami zaoceanicznymi stało się trefne cokolwiek. Gdyż to, co zwie się w Stanach wolnością, nie jest nią w istocie.

Podczas moich pierwszych pobytów w USA niezwykle przypadło mi do gustu prawo stanowione, by je konsekwentnie wykonywać. Jakże inaczej to wyglądało niż nad Wisłą! Zdawało mi się, że w Stanach wszystko można oprócz tego, czego nie można, ale tego, czego nie można - nie można naprawdę. Co prawda podczas pierwszego pobytu dwukrotnie zdarzyło się mi się, że policjant mierzył do mnie z broni palnej, jednak potem nigdy się to nie powtórzyło. Myślę też, że pogląd mój ówczesny miał genezę w braku kontaktu z urzędami i w zwyczajnym braku wiedzy. Nie twierdzę, że moja obecna wiedza o Ameryce jest w stanie kogokolwiek rzucić o glebę, niemniej po 17 pobytach dowiedziałem się tego i owego.

Pojąłem, że margines tego, czego nie wolno, nie jest wąski, co więcej - cały czas się rozszerza. I to przy powszechnej i bezkrytycznej akceptacji większości społeczeństwa. Moim zdaniem o tym, czy mój synek, jeżdżąc na rowerze po podwórku, musi posiadać kask, powinienem decydować ja z moją połowicą, a nie urzędnik czy policjant. To, czy popijam na plaży z puszki po piwie, powinno być moją prywatną sprawą, o ile nie naruszam spokoju i bezpieczeństwa innych. To wreszcie, że idę podać odpłatnie pannie do buzi, bo moja stara nie uznaje seksu oralnego, a ja mam takie niewyszukane potrzeby, jest sprawą higieny tak naszego związku, jak i higieny w ogóle, a nie policji i sądu, do jasnej Anielki!

Groźnie się staje, gdy decyzje o moich coraz to bardziej prywatnych sprawach przechodzą w kompetencje urzędników. To ewidentne gwałcenie mojego indywidualnego prawa do wyboru. Co inaczej potocznie zwie się - no jak?

Jednak nie uważam wolności jako takiej za wartość najcenniejszą.Ważne jest też mieć co do garnka włożyć, ważne jest bezpieczeństwo rodziny, ważne są możliwości rozwoju i kształcenia - i to Amerykanie konsekwentnie od lat wybierają. Kiedy widzę bezkarność dresiarzy na naszych ulicach, tęsknię za klonem Williama Brattona (w latach 1994-96 szefa nowojorskiej policji) w polskiej wersji. Ale czemu zwać to wolnością?

A swoją drogą, to jak można twierdzić, że żyje się wolnym świecie, mając od 200 lat do wyboru dwie partie? Przecież to tylko jedna więcej niż jedna.

Niemniej do zobaczenia na Manhattanie”
 

Cholera ten Kazik to chyba lewak, a to USA to chyba jakieś lewackie monstrum.

 

        Uparty centrolewicowiec, niedogmatyczny liberał i gospodarczy i obyczajowy, skłaniający się raczej ku agnostycyzmowi, fan F.C. Barcelony choć nick upamiętnia Ferenca Puskasa gracza Realu Madryt email: gamaj@onet.eu About Ferenc Puskas: I was with (Bobby) Charlton, (Denis) Law and Puskás, we were coaching in a football academy in Australia. The youngsters we were coaching did not respect him including making fun of his weight and age...We decided to let the guys challenge a coach to hit the crossbar 10 times in a row, obviously they picked the old fat one. Law asked the kids how many they thought the old fat coach would get out of ten. Most said less than five. Best said ten. The old fat coach stepped up and hit nine in a row. For the tenth shot he scooped the ball in the air, bounced it off both shoulders and his head, then flicked it over with his heel and cannoned the ball off the crossbar on the volley. They all stood in silence then one kid asked who he was, I replied, "To you, his name is Mr. Puskás". George Best His chosen comrades thought at school He must grow a famous man; He thought the same and lived by rule, All his twenties crammed with toil; 'What then?' sang Plato's ghost. 'What then?' Everything he wrote was read, After certain years he won Sufficient money for his need, Friends that have been friends indeed; 'What then?' sang Plato's ghost. 'What then?' All his happier dreams came true - A small old house, wife, daughter, son, Grounds where plum and cabbage grew, poets and Wits about him drew; 'What then.?' sang Plato's ghost. 'What then?' The work is done,' grown old he thought, 'According to my boyish plan; Let the fools rage, I swerved in naught, Something to perfection brought'; But louder sang that ghost, 'What then?' “What then”” William Butler Yeats

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Kultura