Zaczęło się przed paroma dniami, trwa w najlepsze, mimo iż rocznica wybuchu przypada na pojutrze. Czyż kilkudniowe obchodzenie rocznicy powstania, którego datę (co do godziny) doskonale wszyscy pamiętają nie zakrawa na jakiś absurd? Co chwila miga w telewizorze jakiś powstańczy obrazek, jakieś odznaczenia, to ciągłe przypominanie, że 1 sierpnia wybuchło powstanie.
Tu w salonie wygląda to jeszcze bardziej groteskowo. Blogerzy, niczym niecierpliwa grupa uczniaków zrywa się przed czasem aby złożyć hołd bohaterom roku 1944. I niestety wygląda to na jakąś koszmarną konkurencję, bo absolutnie zasłużone słowa uznania powoli odrywają się od rzeczywistości i brną w coraz to większe pokłady surrealistycznego tańca. Każdy chce być jak najbardziej oryginalny, chce aby swym wpisem pokazać, że on naprawdę, ale to naprawdę podziwia powstańców.
Przykładem są wypowiadane absolutnie poważnie słowa jakoby to powstańcy wywalczyli nam współczesną wolność. A przecież jest to teza nie do obrony, bo choćby nie wiadomo jak wiele patetycznej poezji na ekran przelano, to rok 1944 jest rokiem 1944-tym, a 1989-1989-tym. Ale z drugiej strony trudno się dziwić, mechanizm inflacji zachwytów jest nieunikniony. W pewnym momencie dochodzisz do granicy realizmu, własnej wyobraźni i umiejętności. Pozostaje ci tylko patos, który niejako z definicji jest bardziej odstraszający.
Ale gdyby chodziło tylko o to, to owa sztafeta nie różniła by się niczym od rocznicowych salonowych wpisów. Ale tu chodzi o coś innego. Powstanie warszawskie czy raczej jego świętowanie, traktowane jest jak symbol i to symbol jak najbardziej współczesny. Nie chodzi o tych powstańców, nie chodzi o tą Warszawę, chodzi o to, że to nasze święto. „Nasze” w rozumieniu tych, którzy w jakiś sposób utożsamiają się nawet nie tyle z obecnym rządem co z jego sposobem myślenia. Świętowanie powstania warszawskie ma być tryumfem moralnej IV RP nad niemoralną III . Tak teraz my, pokazujemy to co mamy najlepszego. To nasi bohaterowie, to my ich uhonorujemy, tak że ho ho. To jest ta inteligencja, do której odwołuje się nasza opcja, a wam tylko KPP lub NKWD. I gdy ktoś z przeze mnie oskarżanych zaprotestuje, to niech sobie zrobi rachunek sumienia i w duszy odpowie, jak często myślał ostatnio o dramacie powstańców, a jak często powstanie uwspółcześniał, przedkładając nade wszystko własne sympatie polityczne.
Powstanie warszawskie ma być świętem, urasta do roli bożka, wokół którego historyczne zaklęcia wypowiadane z zaciśniętymi ustami, mają pokazać jacy jesteśmy wspaniali, jacy patriotyczni, jacy dumni. Inni bohaterowie II wojny światowej tak bardzo celebrowani być nie mogą. Nic dziwnego sił już nie starcza. Tu nie ma miejsca na rozterki choćby takie, że dowódcy powstańców przelewali nie tylko krew żołnierzy, ale także cywilów. Jakoś ta zagłada umyka apologetom powstania, tak jakby powstańcy walczyli w opuszczonym mieście, a ich nieodwracalne decyzje dotyczyły tylko ich samych. I nie są to tylko moje opinie, ale także braci Mackiewiczów, Stefana Kisielewskiego czy Tomasza Łubieńskiego. Czy dla nich nie ma już miejsca w kręgu pamięci?
Zawłaszczanie powstania dotyczy każdej polskiej rodziny, której nie jest dane odczuwać historycznej ekstazy dnia 1-ego sierpnia każdego roku.
Powstanie trwa nadal pisze Platos, nie wiedząc, że w ten sposób powstanie niezwykle trywializuje. Czymże bowiem byłoby powstanie skoro jak się okazuje, nawet w przenośni ma je na co dzień? Czym jest fikcja a czym rzeczywistość skoro wirtualne bomby spadają nadal na naszą stolicę a ludzie choćby w przenośni nadal się pieką żywcem w powstańczym boju.
Na słowa trzeba uważać, bo może ich zabraknąć gdy chce się powiedzieć coś naprawdę ważnego.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)