Pomysł aby taki kraj jak Polska urządzał parady jest rzeczywiście iście … paradny. Kraj, którego potencjał militarny nawet w porównaniu z zacofaną Białorusią wydaje się być nad wyraz mizerny, oto pręży swoje wynędzniałe muskuły. Gdybyśmy zamiast naszych „nowoczesnych” czołgów wystawili dziś równe im wiekiem samochody osobowe, to przyszło by nam dziś oglądać polonezy i duże fiaty, oczywiście „unowocześnione” i umalowane w maskujący ciemnozielony kolor. Kolor, który nota bene zaraz po defiladzie będzie musiał być na żółto zamalowany, bo to niby doświadczenie wojenne przyszło nam dziś zdobywać na terenach pustynnych, gdyż jak wiemy ewentualną wojną obronną będziemy przecież na polskich pustyniach prowadzić. Oczywiście zaraz się dowiem, że defiladę organizują również Francuzi. Cóż, powiem po pierwsze mają się czym pochwalić, po drugie Francuzi mają tez socjalizm, co chyba powinno być dla niektórych przestrogą, że nie każdy francuski ślimak strawny być musi.
Ale gdy wydawało się, że nic zabawnego w tej defiladzie nie będzie, i po kilku godzinach ta kupa żelastwa przetoczy się przez stolicę, zniszczy ten asfalt 100 razy kładziony i ego naszych, jeszcze w Moskwie szkolonych, generałów nam podpompuje, to jednak musiało stać się coś zabawnego. Bo jeżeli w IV RP jest coś co kocham, to niewątpliwie tą niesamowitą zdolność kabaretową.
Tak więc oto gdy gawiedź zaciskała zęby z wrażenia, a podniecenie dawało się nawet leciwym damom we znaki, na horyzoncie pojawiło się coś co wielu Polakom tak bliski ich sercu obraz przywiodło. Oto bowiem toczyło się coś co (zaiste wiem, że trudno w to uwierzyć), ale coś jakby papa mobile przypominało. Benedykt w Rzymie, Jan Paweł w niebie, ale papa mobile jak wół po Warszawie się toczy. A w papa mobile najprawdziwszy Kaczyński, sam we własnej osobie.
Różne dziwne w życiu rzeczy sobie wyobrażałem, ale Kaczyński pozdrawiający lud niczym Cezar w rydwanie, to nawet jak na moją chorą wyobraźnię niewiele. I przyznam się szczerze, że tego widoku min zaskoczonych warszawiaków, darować sobie nie mogę. Był już Miller całujący „spontanicznie” podane dziecko z tłumu, był Kwaśniewski w Charkowie (wiadomo czego się po nim można spodziewać), ale papa Kaczyński tu mnie zupełnie na kolana powalił.
I wbrew zajadłym śmiechom przebrzydłym okazało się, że rację ma @ w czerwonym i Kaczyński rzeczywiście ma coś wspólnego z Karolem Wojtyłą. Co prawda jak na razie to tylko tyle, że obaj pozdrawiają lud z papa mobile, ale na początek dobre i to.



Komentarze
Pokaż komentarze (81)