Rad jestem wielce, że kolejny raz skrzyżowałem polemiczną szpadę z redaktorem Warzechą, raz się dobrze się z nim polemizuje, dwa, że jak mało, który czerwony potrafi uszanować anonimowego blogera i poświęcić mu nieco uwagi. Przykładowo odpowiedzi na manipulację dotyczącą artykułu o trzecim cudzie Łodzi, autorstwa gospodarza salonu Igora Janke jakoś się nie doczekałem. Ale do rzeczy. Na początku małe przypomnienie tego, co tak bardzo w tekście Warzechy mnie zaskoczyło. A przypomnieć warto, gdyż wydaje się, że sam nie za bardzo pamięta co w swym tekście (nr 1) napisał:
Osobiście uważam, że zmuszanie ludzi do przejmowania się losem np. Darfuru jest idiotyzmem. To właśnie próba narzucenia ludziom myślenia w sztucznych, nienaturalnych kategoriach. Przyznaję otwarcie: Darfur obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale nie ma to absolutnie nic wspólnego z patriotyzmem. Bo o ile taki mam stosunek do Darfuru, to inny miałbym prawdopodobnie, gdyby jakaś tragedia wydarzyła się w Niemczech, na Łotwie czy w Irlandii. Dlaczego? Bo to jest moja realna wspólnota - Europa. Czy zdaniem Żuradzkiego poczucie wspólnoty w ramach Europy też jest złe?
Tymczasem red. Warzecha tak przedstawia to o czym pisał (tekst nr 2):
Zagadkowa i zabawna sprawa: czemu akurat to jedno zdanie zostało uznane za tak oburzające? Kluczem jest pojęcie „przejmowania się" lub „obchodzenia". Bo co oznacza moje stwierdzenie, że to, co się dzieje w Darfurze, mnie nie obchodzi? Ano tyle, że pozostaję całkiem obojętny na sprawy, które dzieją się nie z mojej przyczyny i przyczyny mojego kraju, nie mają na niego żadnego wpływu na sytuację globalną, dzieją się w regionie całkiem mi obcym kulturowo, a w dodatku w większości z winy tych, którzy w tych różnych Darfurach rządzą. Nie znaczy to, że życzę mieszkańcom Darfuru źle. Po prostu otwarcie przyznaję, że ich los jest mi właściwie obojętny. Podobnie jak nie bardzo obchodzą mnie polowania na wieloryby, rzekome rzezie fok w Antarktyce, a w sprawie Tybetu interesują mnie jedynie czynniki geopolityczne.
Ja przejmować się mogę czymś, na co mogę mieć jakiś realny wpływ i co dotyczy mnie w jakikolwiek sposób. Jest naturalne, że dotyczą mnie kwestie, które się dzieją gdzieś blisko albo mają wpływ na bieg spraw na moim kontynencie czy tym bardziej w kraju. Nimi się „przejmuję", czyli zastanawiam nad konsekwencjami, poświęcam uwagę, rozmawiam o tym albo piszę, a gdy chodzi o jakąś konkretną pomoc - czasem pomagam.Ale Darfur? Galopujący Major ma znowu problem, bo żyje w społeczeństwie, gdzie - przypuszczam - jakieś 99 procent nie ma pojęcia, co to jest Darfur, a nawet jakby miało, to by się puknęło w głowę. I to jest tzw. zdrowy odruch.
Gdy spojrzymy na pierwszy tekst red. Warzechy to wprost rzuca się to co przeciętnego czytelnika (a przynajmniej mnie i tym co nie pukają się w głowę) może oburzać. Otóż red. Warzecha przejmuje się tylko tymi tragediami, które wydarzyły się w bliskiej mu kulturowo Europie. Choć po tym apelu w tą bliskość trochę ja wątpię z prostej przyczyny Europa zawsze pomagała biednym, również w Afryce. Życie, bo w przypadku mieszkańców Darfuru i im podobnych, idzie o życie, jest dla red. Warzechy przedmiotem „przejmowani się” tylko gdy idzie o łotewską czy irlandzką katastrofę humanitarną. I z tym właśnie ja się nie zgadzam, bo ja również kulturowo osadzony w owej Europie nie potrafię przyjąć do wiadomości, że mam się przejmować czyimś losem mniej, bo ten nie należy do powszechnie szczęśliwej rodziny narodów europejskich.
W swym drugim tekście (fragmenty jego za chwilę) redaktor Warzecha z przejmowania się mojego kpi sobie nader prostacko. Ale niech będzie, skoro jednak sam przyznaję się do przejmowania się losem Irlandczyków czy Łotyszy to parafrazując jego dość tępy dowcip spytam się red. Warzechy czy zatem jego przejmowanie się ewentualną łotewską katastrofą polega na tym, że każdego wieczora przed zaśnięciem poświęca pięć minut na rozpamiętywanie, jaka to straszna tragedia się tam dzieje, po czym smacznie idzie spać? A może wywiesza na drzwiach swojej ubikacji jakieś płomienne manifesty? Albo w przerwie między pójściem do kina a pójściem na piwko z kumplami wnosi przez pięć minut okrzyki pod jakąś ambasadą? Bardzo proszę, oświećcie mnie, na czym w praktyce ma polegać „przejmowanie się".Jednakże w zacytowanym wyżej tekście (nr 2) red. Warzecha sam pisze na czym polega owe jego przejmowanie się Łotwą: zastanawiam nad konsekwencjami, poświęcam uwagę, rozmawiam o tym albo piszę, a gdy chodzi o jakąś konkretną pomoc - czasem pomagam.Tak więc red. Warzecha ci, którzy przejmują się Darfurem robią dokładnie to samo, co Pan podczas przejmowania się Litwą, Łotwą i Estonią i naprawdę nie trzeba być przesadnie bystrym, żeby tą analogię tu zauważyć.
Tym co nas różni to motyw. Ja się przejmuję bo umierają ludzie, a Pan się przejmuje bo umierają ludzi bliscy Panu kulturowo. I tu jest podstawa naszego sporu.
I to właśnie jest sztuczne, szatkowanie współczucia i empatii południkami i równoleżnikami geograficznymi, zamiast zastanawiać się nad konsekwencjami, poświęcać uwagę rozmawiać o tym albo pisać, a gdy chodzi o jakąś konkretną pomoc - czasami pomóc za każdym razem gdy spotykamy się z ludzkim cierpieniem.
Gdy więc wyjaśniliśmy sobie rzecz oczywistą warto zatrzymać się kolejnym fragmentem, a więc po pierwsze red. Warzecha przyjmując swą cyniczną maskę ( jakże ten cynizm musi być popularny na dziennikarskich salonach warszawskich) pisze, że nie przejmuje się tym na co nie ma wpływu. Gdyby tak było w rzeczywistości, to wielce by red. Warzecha być musiał wyluzowany, rzekłbym nawet, że byłby blisko nirwany. Polityka (cóż znaczy jeden głos, nawet samego red. Warzechy) sąsiedzi (przecież ich nie przesiedlisz), raty kredytowe (stopa zmienna nie zależy do Pana Łukasza) i tysiące innych rzeczy, które i tak będą istnieć bez względu na to czy red. Warzecha coś zrobi czy nie, tym wszystkim musiałby się red.Warzecha przestać przejmować
Druga sprawa to rzekomy brak wpływu sytuacji w Afryce na losy Polaków. Weźmy taki Darfur, im więcej pomocy otrzyma Darfur tym mniej otrzyma Czeczenia. Filantropia nie jest bez dna, a medialne opisy tragedii muszą, co jest okrutne, w tym wyścigu po pieniądz konkurować. Tak więc im mniej otrzyma Czeczenia, tym łatwiej Rosjanie zgładzą ten naród (dziś na 1 mężczyznę przypada tam 80 kobiet), a po ostatecznym rozwiązaniu problemu Czeczenii, Rosjanie przestaną topić w wojnie miliardy dolarów i skupią swój wysiłek finansowy na dalszej ekspansji (niekoniecznie militarnej). A ofiarą tej ekspansji może być zarówno roponośny Azerbejdżan (i nasze palny rurociągów wezmą w łeb) jak i Kaliningrad, który jest dosyć blisko, rzekłbym nawet, że tuż, tuż. Radek Sikorski w swojej książce „Prochy Świętych” wprost stawia tezę jakoby to właśnie tych miliardów wydanych w Afganistanie zabrakło Gorbaczowowi aby uratować imperium. A przecież ktoś może powiedzieć, że co go to obchodzi, jego obchodzi polska Solidarność.
Co oczywiście nie znaczy, że Darfurowi nie można pomagać, o czym przekonywają nas ludzie którzy tam byli i o tym co zobaczyli opowiadają na łamach polskiej edycji gazety Axela Springera.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)