Palił, ale się nie zaciągał…chyba Niestety mimo usilnych starań nie udało się ucywilizować Władysława Bartoszewskiego. Próbowano już chyba wszystkiego, a to wskazywano mu gdzie stoi Pan premier, a gdzie Zomo, a to pokazywano jaki los czeka dziadów i że ich dziadostwo w sumie nie popłaca, a to wreszcie wskazywano, że choć kobiety się szanuje (te słynne przyciąganie damskiej dłoni przez całuśnego premiera) to jednak wszystko zależy od tego czy owa całowana dama nie jest czasem jakimś gierkowskim złogiem.
Wszystkie te pokusy nie uwiodły niestety Pana Władysława, może dlatego, że salon (byt wirtualny jak ostatnio stwierdził Pan premier) rzucił czar większy. Młodzieńczych lat w Polsce i tych z PRL-u wspominać nie ma po co, wystarczy tylko rzucić hasło gdzie Bartoszewskiemu do szekspirowskich dylematów Bendera, walenrodyzmu Wassermanna, czy wreszcie do pokoleniowej sztafety sędziów Kryże. Ale warto za to spojrzeć, na profesorskie ochłapów, jakie zanęcili powojenni hitlerowcy, a że Bartoszewski, jak pokazała historia charakter miał wyjątkowo słabowity, toteż uległ i malowanym profesorem został. A czym były wczoraj i są dziś dla Polski Niemcy, czytelnikowi tłumaczyć nie trzeba, a jak trzeba to polecam Pana Michała Tyrpę czy Panią Joannę Mieszko-Wiórkiewicz (o niej to jest nawet w wikipedii).
Ale co najważniejsze ponieważ Bartoszewski tytułu nie otrzymał z rąk polskiego prezydenta, tytułowanie go profesorem jest kolejnym dowodem na to jak łatwo sojusz pogrobowców Hitlera i Ubekistanu może człowieka złamać i spowodować, że jednym ruchem przekreśli on cały swój, dodajmy dosyć mierny dorobek. Bo jak mawiają Anglicy i kolega Rybitzky jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz i z tego właśnie powodu respekt dla prof. Bendera i fuck off dla Pana Władka.
Wbrew pozorom logika nadawania tytułów nie działa jednak w obie strony. Przykładowo mimo, iż Pan prezydent Kaczyński nigdy nie otrzymał ( z zemsty i zawiści) tytułu profesora z rąk któregokolwiek z polskich prezydentów trudno nazywać go „prawie profesorem” „profesorkiem na niby” tudzież „bredzącym śmieciuchem z szamba”. Daremne żale, próżny trud. Po pierwsze gdyby zechciał to już dawno sam nadałby sobie taki tytuł, w końcu to on jest teraz prezydentem, więc nie bądźmy takim formalistami. Po drugie macierzysta uczelnia Pana prezydenta (UKSW w Warszawie) nie bez kozery nazywana jest słowiańskim Oksfordem czy też jak kto woli nadwiślańskim Cambridge. Po trzecie zaś trudno aby o tym czy jest się profesorem w Polsce miał decydować TW Bolek czy TW Alek. Wreszcie po czwarte liczą się nie tytuły tylko wiedza, a gdzie byłby dziś polska nauka prawa pracy gdyby nie ożywczy prezydencki wkład zarówno w teorię (te leninowskie koncepcje w doktoracie) jak i w praktykę (te słynne odzyskiwanie spółek skarbu Państwa)
I to właśnie wiedza najlepiej w połączeniu z bystrością umysłu i szaleńczą odwagą powinna być obecnie jedynym kryterium, które decydować powinno o zostaniu profesorem czegokolwiek. Gdyby takie kryterium stosowano od początku to już dziś Ministra Sprawiedliwości z pewnością tytułowali byśmy nie Panem magistrem lecz Panem profesorem zwyczajnym nauk prawnych.
Jak podaje bowiem Newsweek w zamierzchłym roku 1992 ówczesny student Zbigniew Ziobro chciał ponoć „kupić” suszonego skręta, sprawą musiała „zainteresować” się policja i Pan Zbigniew stanął przed sądem. Wydawałoby się, że młody student jest bez szans wobec zorganizowanej machiny postkomunistycznego układu, który już wówczas dostrzegł realne zagrożenie i rękoma wymiaru sprawiedliwości próbował późniejszego Pan Ministra wyeliminować. Ale tak jak Demostenes przekrzykiwał fale i preorował przeciwko Filipowi II (słynne gosiewskie filipinki), tak jak Cyceron zmiękczał senatorów i lud Rzymu, tak Pan Zbigniew drapieżną obroną wywalczył sobie wolność. Pewny swego, lecz nie zarozumiały, odważnie stanął przed sądem i oświadczył (metodę tę nazwano w nauce na Ziobre), iż ów student-diler oferował mu skręta …za darmo… bo chciał go po prostu uzależnić. Rzadko kiedy w tak młodym wieku, z taką łatwością znajduje się szczelinę w opresyjnym systemie prawa karnego i w brawurowy sposób tryumfuje się nad wrogami.
Nie wiemy jak skończyła się ta rozprawa, ale wiemy że Pan Zbyszek został Ministrem w IV RP i czyż nie jest to dowód, że historia gryzienia w dupę Żubra niejedno ma oblicze.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)