Jeszcze się nie zaczęła prezydencka debata, a Pan premier soczystą uwagą o korporacyjnych anomaliach już ją wygrywa. Ba są nawet tacy, którzy słusznie twierdzą, iż Pan premier nie tylko w nierozpoczętej debacie prowadzi, ale już dawno ją wygrał. I trudno odmówić temu rozumowaniu logiki, gdyż skoro zdaniem, naszych starannie za PRL-u (przedwojenną maturą!) wykształconych niewykształciuchów, Pan premier jak do tej pory nigdy nie przegrał, to trudno się spodziewać aby poległ w starciu z nędznym pogrobowcem Berlinga, niejakim Olkiem. Nie wiem ile płacą bukmacherzy za zwycięstwo Pana Jarosława, ale stawiam wszystkie pieniądze z konta premiera (jak tylko Pani Jadwiga da PiN) na to, że w oczach sympatyków PiS, Pan Jarosław poniesie druzgocące zwycięstwo nad swym nowym kolegą.
Owszem gdyby tylko Donald Tusk napił się wina w Kijowie, ułaskawił Pana Sobotkę czy też na wycieraczce, tudzież na parapecie IPN lub prokuratura znalazłyby na niego jakieś porażające kwity, to wówczas rzeczywiście mógłby się do debaty z Panem premierem sposobić. A tak znając wyrozumiałość sympatyków PiS (choćby do podeszłych wiekiem kombatantów) nie ma sensu ich dźwiękiem tuskowego „r” męczyć i lepiej niech przed debatą dla rozluźnienia posłuchają hymnu śpiewanego przez Pana premiera.
Wracając jednak do korporacji, myślę, że skuteczna walka PiS z tymi popłuczynami po marszałku Piłsudskim czy też innymi tramwajarzami socjalizmu, pokazuje jak można walczyć o dobro Polski nie szczując uprzywilejowanych grup społecznych i dając każdemu zarobić tak jak potrafi. Bo nieangażujący się wybory Pan prezydent powiedział przecież, że nie jest przeciwko bogatym, w podobny sposób jak Nelly Rokita nie jest za mordowaniem dzieci nienarodzonych.
Ale aby odnosić aż takie sukcesy w walce z korporacjami, których likwidacja od zaledwie dwóch ostatnich lat, lada dzień ma nastąpić, trzeba, nie tylko determinacji, dziecięcej diety opartej na mandarynkach i bananach przywożonych przez ojca w latach 50tych (ach ta ciężka praca rodziców), ale przede wszystkim, jak powiedział Pan Lenin (też chyba z PiS) najważniejsze są kadry.
Kadry te nie mogą jednak zawczasu nasiąknąć burżuazyjno-korporacyjnym myśleniem, bo wówczas będą stracone i znów na lata ostaną się nam tylko biedne emigracyjne wnuki Akowców, tudzież praktyczne ekonomistki na swoim. Dlatego zupełnie innego wymiaru nabiera choćby nominacja Sławomira Skrzypka, który jako zbrojarz betonu, przez lata nic a nic nie liznął z korporacyjnych nawyków. Nie raz co prawda liznął za to coś, albo raczej kogoś innego ale jak wiemy, kochaj bliźniego jak siebie samego. Cieszy też nominacja kolegi po fachu, Pana Polaczka, który nawet nauczył się wysyłać sms-y, ostatnio z kultowym żartem pisowskim „Schowaj babci dowód”. W strachu przed rozpędzonymi Żubrami Pan Putra prosił nawet po lasach, aby panowie leśniczy pisemnie zobowiązali się nie gryźć innych zwierząt w dupę, bo to jak wiemy jest to erotyczna domena Pana premiera.
I tylko ulubienica Pana prezydenta, Pani sędzia Stryczyńska przez lata usiłowała zwalczać układ od środka, za co korporacja zemściła się na niej perfidnie, wpychając pani sędzi pieszego pod koła, tak aby Pani sędzia mogła na własnej skórze przetestować wszelki dyskomfort skutecznego posługiwania się przez nią immunitetem sędziowskim.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)