W życiu jak na razie mam szczęście, bo nie jestem nikim znanym. Co prawda jestem galopująca łajzą, łachem, co się szmaci jak hołota (copyright by Geralt), ale zawsze można było wylądować gorzej np. w pewnej gazecie, co pisze o przeszczepach. Ale kto wie, być może szczęście mnie już wkrótce opuści, bo zgodnie z tym, co przewiduje błyskotliwy jak zawsze mad dog, mam ostatnio ciśnienie na publicyty. A jak powszechnie wiadomo wiara góry przenosi.
Na razie jednak smakuje gorzkiego chleba anonimowości i cieszę się, że nie jestem kandydatem na premiera, bo jeszcze musiałbym się tłumaczyć dlaczego moralnie okradłem biedne dzieci, nie dając im wszystkich przez siebie zarobionych pieniędzy (choćby tych ze sprzedaży albumów fotograficznych).
Ale szczęście nie jest absolutne, bo zawsze może się okazać, że przypadkowo stałem się bohaterem jakiegoś demaskatorskiego artykułu i oto nagle w myśl jakiegoś Pana redaktora Geralta, z jakieś gazety polskiej, jestem nie tylko łachem, ale i pedofilem. Sąsiedzi, jak to sąsiedzi raczej z tych co chodzą do kościoła i innym nie wierzą, wiec tu raczej słusznie omijali by mnie szerokim łukiem, a rodzina jak to rodzina, wiadomo z nią najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Tak więc hipotetycznie (bardzo ostrożnie) zakładając, że jednak pedofilem nie jestem, próbowałbym się jakoś ratować i skorzystać z takiego prawa, za które Krzysztof Leski się nie wstydzi. Mógłbym więc iść do Pana prokuratora, ale ten najpierw słusznie sprawdziłby kogo ma oskarżać, a potem stwierdził, że Pana redaktora naczelnego ogólnopolskiej gazety widział ostatnio na wódeczce z Panem Ministrem Sprawiedliwości, ale oczywiście zobaczy co się da zrobić.
Bezczelnie próbowałbym więc kąsać niezależnego dziennikarza poprzez proces cywilny, aby być może po 10 latach, otrzymać kilka tysięcy odszkodowania, które wysłano by mi już niestety poza granice mojego kraju, gdyż zapach roztaczany wokół mojej osoby w Polsce stałby się z lekka nieświeży.
Tymczasem w Polsce jest niestety inaczej i prawo mamy iście komunistyczne. Nie tylko dlatego, że za zrujnowanie kogoś pomówieniami można, nawet teoretycznie (jeszcze nikomu się nie udało) iść do więzienia, ale również dlatego, że sąd jest na tyle bezczelny, że każe oskarżonym stawiać się na rozprawach. A przecież każdy na miejscu Pana Sakiewicza, gdyby z jednej strony otrzymał potwierdzenie zaproszenia na ślub, a z drugiej wezwanie do sądu w charakterze oskarżonego wybrałby to pierwsze. Czy czasem po prostu nie mamy tu do czynienia z ewidentnym łamaniem ludzkiej wolności, bo zaiste przerywaniu Panu Tomaszowi zagranicznego biesiadowania pod błahym pretekstem rozprawy na której można go skazać na 2 lata więzienia, w trybie pilnym nadaje się do zakwalifikowania jako zbrodnia sądowa. Kto wie być może więc każdy, kto staje przed sądem jako oskarżony powinien z góry uprzedzić sąd czy nie ma jakieś popijawy pojutrze, chrzcin, okazyjnego leżenia krzyżem, ugniatania kapusty, czy po prostu leci powtórka M jak Miłość. Uniknięto by pewnych nieporozumień.
Co prawda jeszcze ostrzej z tymi co nie tylko jako oskarżeni, ale także jako świadkowie, a nawet poszkodowani rozprawiać się chciał Pan minister Ziobro, ale Pan Sakiewicz nie lamentował wówczas tylko dlatego, iż w swej pysze chciał zostać kolejnym bohaterem tego słynnego monologu, o tym jak to pewien Niemiec w czasie wojny nie protestował gdy gestapowcy przychodzili mu po sąsiadów.
Ale okazuje się, że polskie prawo czasami bywa nawet totalitarne. Oto interpretując art. 5 k.c. Sąd Najwyższy ukuł iście stalinowska zasadę tzw. „Czystych rąk”. W skrócie polega ona na tym, iż na zasady współżycia społecznego może się powoływać tylko ten, kto sam ich w życiu przestrzega.
O tym zaś czy po przełożeniu owej zasady na język codziennych reguł etycznych, można kpić z Pana Sakiewicza niech świadczą poniższe zdania jego autorstwa:
"Gazeta Polska" wielokrotnie krytykowała w swych publikacjach
zarówno Platformę Obywatelską, która właśnie doszła do władzy, jak i
patologiczne układy rządzące polskim sądownictwem (ostatnio w
artykule "Sędziowska Camorra" z 09.10.2007.). Tym większe oburzenie musi budzić skandaliczna decyzja warszawskiego sądu, która musi być
odebrana jako próba zamknięcia ust "Gazecie Polskiej". Towarzyszy
jej nasilająca się fala dziwnych wezwań na procesy i przesłuchania
"Nie wiem czy wpływ na to ma fakt, że asesorzy nie są zupełnie niezależni od rządu, w tym wypadku przyszłego rządu. Ale zastosowanie najsurowszego środka wobec kogoś kto pierwszy raz się nie stawił jest mało spotykane"



Komentarze
Pokaż komentarze (61)