Z polskimi mediami musi już być chyba gorzej niemal z dnia na dzień, bo nie dość, że nie wszyscy podpisują list otwarty w obronie Mandeli Sakiewicza, to jeszcze z godziny na godzinę media przekręcają słowa naszego Pana premiera o „putinadzie”.
O tym co można w tym wolnym kraju wyprawiać z osobą Pana premiera, nikomu uświadamiać nie trzeba, wystarczy tylko wspomnieć, że Naród nadal nie raczył przeprosić Pana Jarosława Kaczyńskiego za to jak głosował w ostatnich wyborach.
Tymczasem Pan premier mówiąc o „putinadzie” nie mógł mieć na myśli przymusowego doprowadzenia do sądu więźnia Sakiewicza, wszak sam podpisał się pod rządowym projektem jeszcze większych obostrzeń w przypadku obstrukcji sądowej. A przecież nikt z nas nie śmie Pana premiera oskarżać o niekonsekwencję, czy broń Boże o hipokryzję.
Putinada to po prostu pewna metafora, tudzież skrót myślowy, a od biedy po prostu semantyczne nadużycie. Panu premierowi chodziło generalnie o to, że od dziś tak jak w Rosji, to Pan prezydent powinien decydować o sprawach Państwa, mianować Ministrów (choćby MON i MSZ), czytać i akceptować parlamentarne umowy koalicyjne, przyjmować przeprosiny od kandydatów na premiera, czy nawet gdy trzeba, milcząco karcić Naród swą nieobecnością, gdy ten mimo ogromu dobrodziejstw okaże się jednak niewdzięczny.
Podobnie bowiem jak w Rosji, tak i w Polsce wszystkie powyższe czynności ( i wiele, wiele innych) nie wynikają wprost z konstytucji, ale wywodzą się z pewnego wspólnego w tej części Europy prawa zwyczajowego, które w swych korzeniach sięga II połowy ubiegłego wieku, gdy normy prawne na szczęście nie były tak rygorystycznie przestrzegane i w razie czego wyborcze głosy można było zawsze na nowo przeliczyć.
Co prawda są tacy, którzy twierdzą, że „putinada” oznacza pewne nieprzyjemności w stosunku choćby do Czeczenów, ale są to raczej Ci, którzy przyprawiają gębę politycznemu systemowi w Rosji, po to aby dyskredytować naszego prezydenta.
Ale nie tylko Putina i FSB się dziś pomawia…
Uderz w stół, a nożyce się odezwą, brzmi bowiem stare znane przysłowie i jak ulał pasuje do obrony jaką Sbeckiemu donosicielowi zgotowali jego sympatycy, choćby tu w salonie. Oto zdaniem niektórych, Pan Boni podpisał dokumenty współpracy pod wpływem jakiegoś bliżej nieokreślonego szantażu.
A przecież wszyscy znamy tą gadkę od lat i wiemy, że jeszcze w praktyce nie zdarzyło się aby ktoś podpisał dokumenty ze względu na obawę przed Służbą Bezpieczeństwa. Dla pieniędzy, z zemsty, dla paszportu i owszem, ale ze strachu przed SB, która ponoć zdolna była nawet do morderstwa, to się raczej słusznie w naszych głowie nie mieści. No bo w sumie czego mieli się bać opozycjoniści, skoro sędzia Kryże wydawał sprawiedliwe wyroki, poseł Bender uchwalał sprawiedliwe prawo, a rzecznik Urban uczciwie o tym wszystkim informował. Doprawdy Służba Bezpieczeństwa działała na podstawie i w granicach prawa, więc każda groźba z definicji był nielegalna.
Jeżeli więc nikt (albo prawie nikt) nie poddał się szantażowi ani żadnym innym groźbom, to albo SB w ogóle nie szantażowała, albo robiła to wyjątkowo nieudolnie, co oznacza w sumie, że cała ta Służba Bezpieczeństwa wcale nie jest taka straszna i bardziej przypomina grupę harcerzy, niż te zbrojne ramię ponoć totalitarnego państwa.
Innymi słowy ktoś tu najprawdopodobniej dorabia gębę naszej polskiej Służbie Bezpieczeństwa, która nie dość, że bezprawnie nie groziła, to nawet nie potrafiła opozycjonisty porządnie przestraszyć, co przybliża ją raczej do Halloween niż do NKWD.
Najpewniej zaś jest sprawka samych byłych TW, którzy w rozmaite miejsca podrzucają dowody na zbrodniczą działalność SB, tylko po to aby na fali oburzenie na Służbę tłumaczyć się, że ta totalitarna służba ich do współpracy zmuszała.
Kto to robi w salonie? Wystarczy tylko poczytać te blogi, gdzie kala się dobre imię SB, tylko po to by przyrównać naszą Służbę do Gestapo i NKWD.



Komentarze
Pokaż komentarze (26)