Wydaje się, że mimo studiów w Oksfordzie, Pan Radosława Sikorski nie za bardzo przyswoił sobie angielskie maniery, bo to co ostatnio wyrabia powoduje, że nie tylko Marek Tulliusz obraca się w grobie, ale nawet tacy dżentelmeni jak Pan Aleksander Szczygło musieli zareagować.
Owszem nie jest to przypadek tak beznadziejny jak bloger grześ, który swym barbarzyńskim wpisem spowodował, że eleganckiemu filozofowi zachciało się wymiotować, zwyczajnie rzygać, a i sam Pan Geralt poczuł się zażenowany, bo jak sam się zwrócił do grzesia widzisz z prawej gówna nie do lizałeś. Nie mniej jednak, Pan Sikorski też swoje ma na sumieniu.
Symptomatyczne u tego tzw. dżentelmena, jest traktowanie swojej żony, zwłaszcza w kontekście słynnej wypowiedzi, że gdyby żona zrobiła mu to co Nelly Rokita swemu mężowi, to Sikorski wymieniłby zamki w drzwiach. Co prawda sam Sikorski twierdzi, że wypowiedź tą uprzednio skonsultował z żoną, ale to go tylko jeszcze bardziej pogrąża, gdyż już z daleka zalatuje uległością i lewackim równouprawnieniem. U polityka prawicowego miejsce żony jest już bowiem ustalone od wieków, a gdy ta chce sobie bronić np. ptaszków czy mokradeł, czyli de facto wtrącać się do rozmowy między Panem, wójtem a plebanem, to albo ten Pan, albo wójt, albo nawet pleban powie co myśli o jej inteligencji i moralności, nawet jeżeli prywatnie jest jej szwagrem lub kandydatem na spowiednika.
Trudno się też dziwić wspomnianemu Panu Szczygle, który nazwał Sikorskiego zdrajcą, który zachował się podle, bo w istocie po tym jak Pan Sikorski przestał być ministrem w rządzie PiS, powinien albo dożywotnio wspierać Prawo i Sprawiedliwość, albo udać się na milczącą emigrację wewnętrzną lub zewnętrzną, zupełnie tak jak zrobili to związani wcześniej z Platformą: Zyta Gilowska, Zbigniew Religa czy Maciej Płażyński.
Szczytem chamstwa Sikorskiego było jednak nie tyle traktowanie kobiet i rejterada z PiS, ale żądanie, aby Amerykanie pożyczyli Polsce 1 mld złotych, w zamian za zgodę na budowę tarczy antyrakietowych. Takie stawianie sprawy na ostrzu noża, Pan premier słusznie nazwał żebraniną, gdyż po pierwsze, jak wiemy dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, a po drugie Pan prezydent postanowił prowadzić negocjacje w sposób iście nowatorski, czyli najpierw z góry zgadza się na budowę tarczy, a potem ewentualnie wynegocjuje jakieś warunki.
Owszem, to od tego samego Sikorskiego, sam Pan prezydent pożyczał kiedyś 100 zł, bo mu nie starczyło na tacę, ale trudno to nazwać żebraniną, gdyż ta zaczyna się dopiero od jakiegoś miliarda złotych. W przeciwnym bowiem razie większość sympatyków PiS, która kiedyś pożyczał od kogoś pieniądze musiałaby być przez Pana premiera nazwana żebrakami, a chyba wystarczy już, że są dziadami, bo będąc w Nowym Yorku nie śpią w pięciogwiazdkowych hotelach.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)