W dobrych inteligenckich domach (zapewne również żoliborskich) już od najmłodszych lat uczono dzieci, żeby Broń Boże nie przyprowadzać kolegów z podwórka. Takie dziecko ulicy, mogło by bowiem nie tylko podejrzeć jak Pan domu obłapuje gosposię Panią Lusię, ale także ukraść pomarańcze, a nawet srebrną zastawę.
Od spotkań z kolegami była piaskownica, względnie jakiś przedsionek, gdzie zasmarkane dziecko ulic mogło pierwszy raz w życiu usłyszeć co to jest mezalians, czarna polewka czy nawet migrena, gdy młody panicz w rozchełstanej apaszce opowiadał o swoich życiowych problemach.
Zabawy nie trwały jednak długo, gdyż tuż po podwieczorku dziadek wołał wnuki, żeby poopowiadać im o swych wojnach, choćby o Port Arthur, toteż młode dziadkowe pociechy za bardzo się w sieni nie wyziębiły.
Niestety podwórkowi smarkacze nie chcieli słuchać o tym, jak hrabina Klementyna w prostej linii po mieczu odziedziczyła tytuł szlachecki i wcale pokaźny majątek i nad te niesamowicie ciekawe historie przedkładali kradzież jabłek w sąsiednich sadach, czy też rzucanie się kamieniami.
Tę rodzinną kindersztubę i iście plebejskie rozrywki rozwydrzonych rówieśników, dobrze zapamiętał Pan prezydent i gdy przyszło mu wręczać premierowską nominację dla dziecka ulicy, zaczął rozglądać się za jakimś przedsionkiem, tudzież stróżówką.
Niestety stróżówka była już zajęta, piwnice zawalone skrzynkami z drogim winem, a na strychu prezydencki pracownik umieścił kilogramy białego proszku. Pozostała więc jedynie boczna sala, gdzie zapewne minister Kamiński parkuje swój rower, po tym jak droga do pałacu stała się nieprzejezdna.
Na szczęście uroczystość trwała na tyle krótko, że podwórkowy Donek nie zdołał zapaskudzić pałacowych marmurów, a i papieru na niego nie zmarnowano, telefonicznie zawiadamiając go o spotkaniu.



Komentarze
Pokaż komentarze (64)