To musi być wyjątkowe święto dziękczynienia w wielu domach naszych uroczych przestępców, gdyż zaiste, mają oni komu i za co dziękować. Oto okazuje się, że na skutek pewnego przypadku, niefortunnego zbiegu okoliczności, tudzież nawału niezbędnych konferencji prasowych Pana Ministra, około 10 tys. oskarżonych o czyny przestępcze może skorzystać z dobrodziejstwa przedawnienia.
O owym dobrodziejstwie nie mogłoby być mowy, gdyby Pan minister nie zechciał wraz z swoimi uzdolnionymi przyjaciółmi (wszak PiS to grupa przyjaciół, jak słusznie zauważył Wojciech Killar) poprawiać waltosiowego kodeksu postępowania karnego. Były już czasy kiedy najlepszy Minister Sprawiedliwości poprawiał zollowski kodeks karny, na skutek czego 15 latek, który zgwałcił ze szczególnym okrucieństwem, nie mógł być jak dotychczas sądzony na podstawie kodeksu karnego. Ale nawet zakładając, że wszyscy chłopcy w gimnazjum czytają Wysokie Obcasy, to ilu możemy mieć w Polsce gwałcących 15latków i to gwałcących ze szczególnym okrucieństwem? Nie ta skala, na takiego ministra.
Dlatego też Pan minister postanowił w swej nowelizacji zapomnieć o pewnym standardowym legislacyjnym zapisie i ustanowić, że sprawy, które są już w toku, choćby ze względu na groźbę przedawnienia, powinny być nadal prowadzone przed sądem rejonowym.
Tę łżepomyłkę (trudno na trzeźwo zakładać, że minister mógł się pomylić) w toku prac zasygnalizowało, co prawda moralno-merytorycznie skompromitowane środowisko palestry, ale fakt, że prawnicy co do zasady na PiS nigdy nie zagłosują (nie wiedzieć czemu postulatów ministra się boją), jest chyba wystarczającym argumentem przeciwko ich zdaniu.
Tymczasem 10 tys. potencjalnych skazańców (nawet niech skażą co drugiego) i ich rodziny, to elektorat, którym nie pogardziłby nawet najbardziej wybredny polityk. Skoro listownie nie da się przekonać wykształciuchów (zbyt tępi na pląsy epistolograficzne) to pozostaje zwrócić się do przyszłych skazańców.
Zresztą zdaje się, że proces ten właśnie już ruszył, wszak Pan prezes Kaczyński nawet takiego jednego dziennikarza wziął w swoją obronę. Co prawda kto jest bez winy nie musi się bać, a Pan prezes z pewnością ufa polskim sądom (inaczej nie popierałby przyznania im możliwości orzekania kary śmierci), ale każdy głos się dziś liczy. Jak na razie ów dziennikarz częściej udziela wywiadów i przed tłumem napastliwych obrońców prawa człowieka z OBWE chroni się w gmachu polskiego radia, ale niewątpliwe nieprzyjemny proces dowodzenia, że niejaki Subotić miał wpływ na taśmy z Rentą Beger zbliża się wielkimi krokami.
I choć nie wiemy jak potoczą się losy owego dziennikarza, (oby tylko dysydencka sława nie uderzyła mu do głowy bo jeszcze nam „pójdzie w Ministry”) to z pewnością i on musiał rozważyć, czy za taką obronę jaką mu Pan premier zapewnił, nie zrobić wśród tłumu owych 10 tys. „kolegów po paragrafie” jakieś zrzutki, żeby w europejsate tudzież judajczykowe łapy nie dostała się siedziba PiS, której przydzielenie słusznie sobie PC swego czasu uchwalił.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)