Zaledwie 3 godziny wystarczyły, aby wyborcy Prawa i Sprawiedliwości uznali Donalda Tuska za Fidela Castro. Widać ciągnie wilka do lasu. Albo więc polscy opozycjoniści, a właściwie już wręcz dysydenci (wiemy co się stało z Ojczyzną), nie są za bardzo cierpliwi, albo ten Fidel Castro nie jest taki zły jak o nim mówią.
Dysydenci niecierpliwi chyba jednak za bardzo nie są, wszak budowy nowej Irlandii zażądali już w godzinę po ogłoszeniu (jeszcze wówczas nieoficjalnych) wyników wyborów. Od tamtego dnia solidnie rozliczają każdego ministra z każdej godziny, choć przez miesiąc nie za bardzo było wiadomo kto był ministrem. Ale widać tak to jest, jak środowiska łże postępowe lekceważą polską tradycję i nie przynoszą ministrów w teczkach. Zresztą podczas koalicyjnych negocjacji, nikt nikogo od chamów albo warchołów nie komplementował, więc trudno to prostackie towarzystwo brać na poważnie.
Skoro dysydenci nie niecierpliwi, to może więc ten Fidel nie taki straszny. W końcu jeżeli, żeby zostać Fidelem wystarczy mówić zaledwie przez parę godzin godziny, to chyba ktoś Fidelowi dorobił totalitarną gębę. Przecież nikt pamiętając jak dysydenci (wówczas jeszcze nomenklatura) leżeli Rejtanem, gdy ktoś wspomniał o "gomułkowatym" Kaczyńskim, nie zarzuci naszym patriotom, że są niekonsekwentni, albo co gorsza, że nie znają historii lewackich morderstw.
Ale jakby nie było Ojciec Św. też przecież nie mówi najkrócej, więc w sumie Tusk, Fidel i papież chyba w jednej grają drużynie. A skoro razem grają, to nie dziwne, że i od Tuska żądają cudów.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)