Ten post nie chce być na SG salonu (Gdybyście w administracji się zobowiązali, że nie będziecie go dawać na SG, to bym tej irytującej uwagi nie musiał wklejać za każdym razem.)
Kilkanaście rozbitych aut tarasujących pobocza widziałem podczas weekendowej wizyty w Gdyni, która mimo iż się rozbudowuje, nadal stoi w cieniu miasta Guntera Grassa (tfu, tfu w ten bęben blaszany). Nie wiem jak się z tym czują polscy politycy, a zwłaszcza leniuchowaty Tusk Donald, ale myślę, że polscy kierowcy z powodzeniem mogą ich, nie tylko moralnie, za to wszystko obciążyć. Gdyby bowiem obiecane autostrady nam Państwo (socjalistycznie bądź kapitalistycznie) wybudowało, jechało czy raczej frunęło by się zupełnie inaczej. I choć zdaje się, że sieci autostrad przez Warmię i Mazury nikt ostatnio nie obiecywał, to nie znaczy, że obiecać nam nie powinien. Jak wiemy przyroda jest po to by służyć człowiekowi, a nie odwrotnie, czego najlepszym przykładem choćby zamożny Bełchatów. Tak więc z jeżdżeniem autostradami w Polsce musi być jak z polskim prowincjonalizmem - to głównie stan naszego umysłu. A że umysły polskie jeszcze od czasów husarii skalane są swoistą dość wyobraźnią, toteż sceny na trasie mamie iście metafizyczne. Widać nie miał racji obcokrajowiec Miłosz, litewsko dziamgając, że Polacy to naród pozbawiony mistyków. Ich są całe setki, wystarczy tylko dać im CB-radio.
Tak czy inaczej skutecznie powstrzymywany żółtą kontrolką, być może uszkodzonego silnika, jechałem niespiesznym tempem, a podziw mój dla kierowcy znad Wisły pęczniał z godziny na godzinę. Cmokałem z zachwytu patrząc jak młodzi ojcowie udowadniali swym malcom, usadzonym w prezydenckich fotelikach, że tatusiowe też są młodzi duchem. A jak wieszczu nam wieszczył: Młodości! Ty nad poziomy wylatuj. Toteż i oni wylatywali, co jakiś czas nadziewając się na zdradziecki patrol drogówki, tudzież morderczy radar, który, jak to w krajach totalitarnych, dosłownie i w przenośni nie pozwala rozwinąć skrzydeł. I jak ma ten naród nie karleć, skoro stateczna głowa rodziny nie może pomknąć te niewinne 140 między bursztynowy świerzop i grykę jak śnieg białą. Najbardziej mi jednak żal tych gnających kierowców ze znaczkiem „quo vadisowej” ryby na rufie. Skoro jak stwierdził sam redaktor „Frondy”, niejaki Filip Memches: Bycie ateistą jest czymś gorszym niż przerobienie na mydło to chyba i podróż na tamtą stronę nie może być wcale taka najgorsza. Więc w drodze wyjątku powinno im się pozwolić popędzić na spotkanie z Panem. Co najwyżej, podobnie jak amatorzy wyrobów Palikota, zabiorą parę duszyczek z jakiegoś przystanku, ale przecież w ten sposób tylko dają duszyczką szansę na życie wieczne. A przecież już Pascal twierdził, że życie doczesne jest niemal nie do zniesienia.
PS Stolica Apostolska wysłała telegram w którym można przeczytać, że odejście Geremka to wielka strata dla świata nauki i polityki w Polsce i Europie. Myślę, że akurat dziś, dla wielu (nie dla mnie) jest to ważniejsza wiadomość, niż to kto komu na pogrzebie nie podał ręki. Zresztą mam wrażenie, że wszyscy śledzili ten pogrzeb czekając na to jak się Michnik albo Kaczyński podłoży. No i się doczekali, więc chyba się dobrze na pogrzebie bawili.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)