Największym sukcesem spiskowca, podobnie jak zresztą szatana, jest wmówienie nam, że nie istnieje. Że spiskowa teoria dziejów to wymysł ludzi chorych psychicznie, maniaków, szaleńców, słowem obsesjonatów. A tymczasem wystarczy węszyć śladami przedsiębiorstwa Holocaust, poczytać Żołnierza Wolności (wywiadzicho z Geremkiem), czy wreszcie nadstawić ucha gdy mówi Eryk Miskiewicz, by zrozumieć, że ukryta przyczyna zdarzeń rzeczywiście jest lepsza od jawnej. Nie wiem więc czy naprawdę coś się zaczyna dziać, czy to jakaś zorganizowana akcja, ale lepiej się dookoła rozejrzeć, bo byli już tacy co się nie rozglądali i jak sugerował towarzysz Winnicki - wylądowali w ciepłych krajach.
Oto minister Hall chce znieść u najmłodszych przymus nauki angielskiego i wprowadzić wolność nauki dowolnego języka obcego, co nie spodobało się zwolennikom PiS. I to również tym, którzy określają się jako zwolennicy wolnego rynku i swobód obywatelskich (czyli poza Andrzejem Gwiazdą, bodajże wszyscy). I nie trudno się im dziwić, wszak już Tacyt stwierdził, że tylko głupiec myli samowolę z wolnością, a nauka języka innego niż chce urzędnik, doprawdy, niedopuszczalną byłaby samowolą. Myli się jednak i ten, kto twierdzi, że Pani minister chce pomóc naszym pociechom. Gdyby miała dobre intencje, to przymus szkolny w ogóle by zniosła, aby poza gromadką zapaleńców domowej algebry, uszczęśliwić niemałą rzeszę wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Wszak na gospodarstwie jest zawsze co do roboty, a młode Kaziuki się zawsze do czegoś przydadzą. Po cóż więc ich wysyłać do szkół, w których na dodatek nie szanuje się kobiet i katechetek?
Pomysł musi mieć więc jakieś drugie dno, a może i trzecie. Najpewniej chodzi o to, by każdy kolejny Borubar, tudzież przygarnięty Perejro, nie tylko nie potrafił się posługiwać językiem polskim, ale także, o zgrozo, angielskim. Przez co niejako z miejsca będzie mieć na Victoria Station pogorszone widoki na przyszłość i zmuszony żebrać będzie gorliwie, bo przecież w przymierającej głodem Szwecji, Francji czy Niemczech roboty nijak nie znajdzie. Owszem, patrząc na to co się dzieję na świecie, powinniśmy już teraz uczyć się arabskiego, chińskiego, a być może nawet języka gazety wyborczej, wszak Eichamann studiował nawet Torę, by móc lepiej walczyć ze swym wrogiem przebrzydłym. Ale nie oszukujmy się, w chrześcijańskiej cywilizacji białego człowieka, siedmiolatek nie jest sobie w stanie poradzić bez dobrego Past Perfect Continous, tudzież dopełniacza saksońskiego. Całe szczęście, że w ostatniej chwili za sprawę uczciwie wziął się Dziennik, przeprowadzając, jakże potrzebny wywiad z prof. Daviesem, który obiektywnie zachwalał swój język ojczysty. Co by było gdyby o to samo spytano Umberto Eco, nie mówiąc już o Elfridzie „noblowej pochwie” Jelinek?
I tylko ślepy by nie zauważył, że nie przypadkiem pyszna Unia Europejska, w odwecie i zemście (powiedzmy to głośno) chce wprowadzać wizy dla amerykańskich dyplomatów i sabotować naszych, Bogu ducha winnych, sprzymierzeńców. A przecież gdyby wizy się udało załatwić, to Pan prezydent już dawno by je miał w swojej kieszonce. Na szczęście, ten poroniony pomysł, nie za bardzo się nas ima, gdyż patrząc na to jak polskie elity się do USA odnoszą, kogo jak kogo, ale akurat amerykańskich dyplomatów zastępować w Polsce nie trzeba.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)