Tradycja świetnych numerów kabaretowych, sięgająca jeszcze hen, hen, bo aż czasów Hioba (numer wszechczasów?) powinna być przez naszych konserwatystów wciąż kontynuowana. Oczywiście, za dr Karłowiczem, odróżnić należy szkodliwą satyrę wolteriańską, rozbijającą wspólnotę obywatelsko-narodową, od słusznej satyry republikańskiej, ową wspólnotę nam cementującą. Tę pierwszą stosuje „Polityka”, a tę drugą Maciej Rybiński, w tygodniku pewnego medialnego magnata, co to swego czasu kapował Służbie Bezpieczeństwa. Jak mawiali bowiem Rzymianie pecunia non olet, chyba że z Wyborczej.
Ale nie tylko Macieja Rybińskiego stać na dobre dowcipy. Zaledwie wczoraj mieliśmy takową próbkę, w wykonaniu Wojciecha Wybranowskiego, który (jak zauważył pewien bloger) na widok Lenina, wzniósł gest pozdrawiający Hitlera, aczkolwiek ponoć Hitlera pozdrowić nie chciał, tylko tak sobie robił jaja „z pięciu piw” jakiegoś działacza Młodzieży Wszechpolskiej. I choć kupa jest z tego śmiechu (z przewagą kupy?), to warto przypomnieć, że chyba nie pierwszy to dowcip naszego satyryka. Jeżeli prawdą jest to, co pisała o nim Gazeta Wyborcza w październiku 1998 r., to okazuje się, iż nasz jajcarz podczas kampanii wyborczej rozklejał plakaty zestawiające Wałęsę, Kwaśniewskiego i Adolfa Hitlera, szyderczo podpisując, co który obiecał swoim wyborcom. Żart ten jest nie tylko jest dowodem antyhitleryzmu Pana Wojtka, ale także całkiem zręcznych umiejętności kabaretowych, dobrego smaku, wyczucia, no i odwagi. Wszak nie każdy potrafi przenieść do realu, prawo Godwina i to tuż przed 60 rocznicą nocy kryształowej. Teraz czekamy na transparenty Arbeit macht frei pod ministerstwem Jolanty Fedak. Zdaniem Gazety, Pan Wojtek zamierzał też złamać inne tabu i na sześć Sylwii Pusz, wystawić na ulicy gumową lalkę „Dmuchnij Sylwię”. Każdy będzie mógł dmuchnąć gumową Sylwie oralnie albo przez zaworek – z kamienną miną mówić miał Gazecie Pan Wojtek. I pomyśleć, że są tacy, co twierdzą, iż na prawicy brakuje błyskotliwego i ambitnego poczucia humoru.
Jajcarzem okazał się także Pan prezydent Kaczyński, który na uroczystościach ku czci powstańców, pozwolił sobie na aktualny wtręt polityczny o Panu Ziobrze. A przecież po tym co zrobił Adam Michnik na pogrzebie prof. Geremka, trudno podejrzewać, że Pan prezydent będzie zachowywał się, jak hiena cmentarna, co nie uszanował ofiar powstania, tylko da upust swej politycznej obsesji. Tak więc Pan prezydent zdecydowanie robił sobie żarty, zwłaszcza, że doskonale zdaje sobie sprawę, iż są powstańcy, którzy za życia powstanie odsadzali od czci i wiary (patrz „lekko reżimowaty” Kisiel) jak i tacy, którzy politycznych poglądów Pana Prezydenta niestety nie podzielają (patrz więziony Bartoszewski). Ten ostatni też zresztą zmierzył się z dowcipem prezydenckiego elektoratu, który nachylającego się nad powstańczymi grobami Bartoszewskiego, dowcipnie wybuczał, a tradycyjną minutę ciszy, przerwał brawami, by powitać spóźnionego Antoniego Macierewicza. Oburzającym i przerażającym - nazwał to Zbigniew Ścibor – Rylski, widać prezes Związku Powstańców Warszawskich nie ma poczucia humoru, a kto wie może, być może nawet trzeba go nazwać lemingiem.
Dlatego nie powinny dziwić „żarty” niejakiego Gilesa Corena, który w szacownym The Times sugerował, że podpalanie synagog z zamkniętymi Żydami w środku, dla dziadów i pradziadów najnowszych polskich imigrantów w Wielkiej Brytanii, stanowiło swoistą rozrywkę w okresie wielkanocnym, a zachowania Radowana Karadżicia muszą być Polakom bliskie. Widocznie Pan Coren napatrzył się na polskie poczucie humoru i postanowił też spróbować swych sił, w jakże trudnej, sztuce republikańskiej satyry.



Komentarze
Pokaż komentarze (75)