Głowacki zagłaskując na śmierć w swych felietonach, często miał problem z czytelnikami, którzy mimo swej (genetycznej, narodowej?) błyskotliwości nie do końca łapali, że Hans Kloss w Potopie, to niekoniecznie na serio, tak jak niekoniecznie na serio Dobrowlski porównywalny jest z Joycem. Prostować wariacji na temat tego kogo, dlaczego i jak sobie wyszydzam, nie mam w zwyczaju, aczkolwiek czasami mi się zdarza. Tak też jest i dzisiaj, gdy przeczytałem polemikę quatryka na temat mojego tekstu o socjalizmie i opalaniu topless.
Po pierwsze, Broń mnie Panie Boże, bym zarzucał naszemu fuhrerkowi Nicponiowi, że nie jest liberałem. Nasz huncwot, w swym poście, wyraził tylko swój estetyczny osąd co do 20latek na plaży, przez co zamiast nieliberałem, należy go nazwać po prostu zboczeńcem. W myśl konserwatywnej definicji zboczeńcem jest bowiem każdy, kto nie podziela odgórnie założonego kanonu piękna, wyznawanego przez dominująca większość. I tak sadomasochista, fetyszysta i osoba, którą, zamiast młodych modelek, podniecają starsze kobiety, ewidentnie się do zboczeńców, w myśl owej teorii, zalicza.
Po drugie, wbrew twierdzeniem qatryka, własność prywatna plaży nie rozwiązuje problemu cyca, np. w przypadku, gdyby wszystkie plaże wykupił red. Terlikowski bądź red. Urban. Nie rozwiązuje też tego problemu, gdyby wrogo wykupił je GAZPROM lub Al-Kaida. Plaże nad Bałtykiem, tak jak parki narodowe, Kasprowy i jezioro Śniardwy jest dobrem specyficznym i rzadkim, stąd nie powinno podlegać prywatyzacji. W przeciwnym razie narażamy się nie tylko na ryzyko, że dostęp do tych dóbr zostanie ograniczony, ale że dobra te zostaną zniszczone. Problem, wbrew pozorom, nie jest aż tak abstrakcyjny, wystarczy przywołać konflikt o zjazd z Gubałówki, czy grodzenie dostępu do jezior przez działkowiczów. Proponowane rozwiązania jak choćby tzw. prawo śniegu, są rozwiązaniami ograniczającymi prawo własności, a przecież nie o taką własność koledze quatrykowi chodziło. Stąd zasadność plaży publicznej, ale nie publicznych sklepów, stawów, łąk czy pastwisk.
Wreszcie po trzecie istota problemu leży w prawie o wykroczeniach, a w zasadzie w zachowaniu nieobyczajnym. Czy skoro większość nie chce (albo chce) cyca na plaży, to powinniśmy, w imię demokracji, się na to zgodzić. Czy może gwarantować tej wyuzdanej, bądź purytańskiej mniejszości, jakieś margines praw, a nawet przywilejów? Czy skoro przepowiednie naszych babć i doświadczenia z zagranicy, potwierdzają tezę, że zawstydzenie mija dość szybko, to czy powinniśmy forsować to w naszych przepisach, bez względu na głosy opinii publicznej, tak jak to ma miejsce w przypadku aborcji, czy Traktatu Lizbońskiego? Cyc na plaży to pytanie o demokrację i swobody obywatelskie, a nie o rodzaj prawa własności.
Osobiście uważam, że na publicznych plażach (te kilkadziesiąt % mało uczęszczanych można by, pod pewnymi warunkami, od biedy sprywatyzować) powinny istnieć strefy i z cycem, i bez cyca. Tyle tylko, że powinny to być strefy traktowane na równych prawach, być może nawet w myśl zasady: gołe biusty na lewo, a biustonosze na prawo.
Ciekawe byłbym jednak, po której stronie siedzieliby wówczas rzymskokatoliccy single?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)