Nie wiem czy czytając teksty Janeckiego z „Wprost” bardziej odrzucała ich słabiutka forma czy treść, do bólu przewidywalna. Po krótkim namyślę, sądzę, że jedno i drugie. Nie mniej jednak, dziś tekstem w blogerach, dał narcystycznemu towarzystwu mocny strzał w pysk, czym zasłużył sobie na słowa uznania. Owszem, wiele tu narzekania , jęków i stękania, co oznacza, że nie Janecki nie tylko wyglądem upodabnia się do Legutki, ale całość wcale nie najgorsza, a nawet dość świeża.
Absolutnie zgadzam się, z tezą, że blogerzy odstają od dziennikarzy o głowę, o ile za dziennikarzy uznamy jedynie dziennikarzy śledczych, tudzież tych, co szukają newsów. Przede wszystkim dziennikarze śledczy mają swoje kontakty i wciąż zasypywani są wrzutkami od służb, polityków, kapusiów, zdradzonych żon itp. Blogerzy dostępu do tego bajora nie mają, więc siłą rzeczy całe to ich dziennikarstwo śledcze składa się z buszowaniu po gogle, przycinaniu i wklejaniu tekstów. Ale nawet to nie wychodzi im aż tak wspaniale, w końcu skoro za każdym razem wymieniana jest tylko kataryna (ewentualnie pretm) to oznacza to ni mniej, nie więcej, że wśród blogerów śledczych nie ma zbyt wielu psów gończych. Zresztą wystarczy zrobić mały test i spróbować z marszu wymienić 10 blogerów śledczych naszej blogosfery (wszak blogów są tysiące).
Ale dziennikarze, przynajmniej wedle definicji używanej w blogosferze, to nie tylko śledczy, ale też publicyści. I tu Janecki się myli, co do kwestii konkurencji i tego, że dany analityk amator, nie może osadzić opisywanej sprawy w kontekście własnych informacji off the record. Po pierwsze, nie widzę nic wyjątkowego w pisaniu, po tym jak Misiek Kamiński puści przeciek kontrolowany, po drugie uwzględnianie takich newsów, powoduje, że mimowolnie stajemy się uczestnikami jakiejś gry, a więc tracimy dystans. Tymczasem siłą blogerów (o ile nie są sponsorowani) jest pozycja widza, obserwatora politycznego, przez co poglądy te mogą być uznane za bardziej reprezentatywne. Dochodzi oczywiście poziom pisania (o niebo lepszy niż Janeckiego) i doprawdy nie widzę powodu dlaczego tad9 nie miał by pisać w „Rzepie”, FYM w „Naszej Polsce”, Jarecki w „Mówią Wieki”, a Nicpoń w „Szczerbcu”. Czy byłoby lepiej nie wiem, ale na pewno nie gorzej. Zresztą gdyby spojrzeć z punktu widzenia, bliskiemu mi felietonu, można zauważyć, że dwa największe dzienniki, nie mają dobrego felietonisty, Rzepa zaś ma ich a z nadto, co jednak nie przedkłada się na wzrost poziomu tekstów. Innymi słowy to nie jest tak, że blogerzy to zgraja grafomanów wpatrzonych jak zręcznie składa bukwy Karnowski ze Stasińskim. Owszem wiele jest w blogach chłamu, ale blogi topowe (weryfikowane przez popularność pompowaną przez administratorów) bynajmniej tzw. zawodowcom nie ustępują.
Nie zmienia to faktu, że Janecki celnie przyrównał polityczną blogosferą do bazaru, bo przecież ów bazar to nic innego jak starożytna agora, rodzaj hydeparku, gdzie rzeczy świetne często toną w rzeczach koszmarnie słabiutkich (tych drugich naturalnie jest więcej). Rzecz jasna, zdaniem niektórych fakt, że co setny bloger pisze dość dobrze, upoważnia do wysuwania wniosków, że pozostałych 99 też nadaje się do gazety, by zastąpić tych pogardzanych pismaków. Tymczasem tak jak przeciętny dziennikarz polityczny nie ma zbyt dużej wiedzy na tematy, które opisuje (prawo, ekonomia, politologia) to tak samo nie ma ich przeciętny bloger, bo zazwyczaj ci co pojęcie mają, zamiast pisać, ciężko zarabiają na życie, a za słowa każdą sobie płacić. Prometeuszy jest niewielu, zwłaszcza, że naukowe pisanie „nęci” innych tak jak polityczne frustracje.
Obserwując blogosferę polityczną łatwo też zauważyć te same cechy, jakie zaobserwować można u innych grup społecznych czy zawodowych. A więc samozachwyt, solidarność środowiskową, poczucie wagi tego co się robi dla innych, czy wreszcie niczym niezmąconą wyjątkowość. Tymczasem gdyby dziś blogi polityczne zniknęły z Internetu, świat polityki wcale by się nie zmienił. Ot, częstsze by tylko były polityczne napisy na murach.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)