Zdaje się, że gdyby Cohn-Bendit chciał śladem Adama Michnika powiedzieć sprawdzam i pozwać Rzeczpospolitą, za przypisanie mu fałszywych słów, znów mielibyśmy jakieś listy protestacyjne, parafrazy i konteksty sytuacyjne. Jakby bowiem nie patrzeć zdanie co Pan zrobi gdy zatwierdzi go senat (co uděláte, až ji schválí česká sněmovna a senát) różni się od zdania copan zrobi, aby zatwierdził go czeski parlament, i to mniej więcej tak jak zdanie co zrobisz gdy ci pobiją żonę, od zdania co zrobisz by pobić żonę. Niby nic, ale jednak kto inny żonę wali po pysku. Całość kłamliwego tłumaczenia Rzepy ładnie wyłuszczył bloger Chevalier, a zwolennikom googlogracji można dodatkowo sprezentować dosłowne tłumaczenie w googlach. Ewentulanie polecić słownik on line.
Cohn-Bendit całkiem więc przytomnie zapytał „demokratę” Klausa, co zrobi gdy parlament zatwierdzi Traktat Lizboński i czy wola parlamentu będzie respektowana. Mniej zorientowanym w meandrach europejskiej demokracji, pragnę przypomnieć, że parlament pośrednio wraża wolę narodu, który to naród uważany jest za suwerena. Tak to już się niestety złożyło. Niektórzy mówią, że błędnie i lepiej żeby suwerenem był dany król albo królowa (Senyszyn?), ale nie zmienia to faktu, że w Czechach, tak jak i w Polsce zgodnie z konstytucją suwerenem wciąż jest naród, który swą władzę sprawuje za pośrednictwem swych przedstawicieli. A co dokładnie ci przedstawiciele mogą zrobić, opisane jest w konstytucji.
Wiemy, mniej więcej, co odpowiedział Klaus, tak jak wiemy, co odpowiedziałby prezydent Kaczyński. Nie raz, nie dwa, prezydent mówił bowiem, iż Traktatu nie podpisze, gdyż nie zatwierdził go naród Irlandii. To dość ciekawy tok rozumowania, w wyniku którego o tym, czy dany akt prawny zostanie przez Polskę przyjęty nie będzie decydował Polski naród, ustami polskiego parlamentu, zgodnie z polską konstytucją, ale naród … irlandzki. Aż strach pomyśleć, co będzie gdy Irlandczycy wprowadzą in vitro (a może już je mają?). Nie bardzo wiem, gdzie można znaleźć podstawę prawną do takiej wykładni, ale fakt, faktem, że uzależnienie podpisania Traktatu od irlandzkiej woli, i to wbrew woli parlamentu polskiego, właśnie ma miejsce w Polsce. Czy wola narodu rosyjskiego też ma jakieś znaczenie, czy może tylko ten specyficzny przywilej należy się naszym braciom z Irlandii, też nie wiem? Pewnie się rychło nie dowiem.
Konstytucja w art. 133 stanowi, że prezydent ratyfikuje umowy międzynarodowe, a wcześniejsza procedura ratyfikowania tych umów szczegółowo określona została w art. 89-90 Konstytucji. I jako żywo nic tam nie ma o narodzie irlandzkim. Jest o Sejmie, i o Senacie, ale ani słowa o Zielonej Wyspie. Nie ma też nic o tym, że prezydent może ratyfikację uzależnić od brzydkiej pogody, własnego samopoczucia, notowań tokijskiej giełdy, czy fryzury Tomasza Lisa. Nic, a nic, jest tylko to, że prezydent ratyfikuje umowę międzynarodową. Tak jak sąd przyjmuje powództwo, areszt śledczy oskarżonego, a organ podatkowy przyjmuje deklarację podatkową. Wyobrażacie sobie Państwo co by było gdyby sąd w Polsce uzależnił rozpoznanie danego pozwu od tego czy amerykańskie wybory wygra Obama albo czy w Niespłuszy udały się żniwa? Być może słowa te, dla miłujących demokrację irlandzką, wydadzą się szokiem, ale to co na temat Traktatu Irlandzkiego sądzą Irlandczycy głęboko mam w poważaniu. Tak jak w poważaniu mam fakt, że bez zgody Irlandczyków Trakt nie może wejść w życie, a Vaclav Klaus popierając Putina w Gruzji niechybnie musi być „rosyjskim agentem wpływu”. W Polsce obowiązuje bowiem polska konstytucja i polskiej konstytucji trzeba przestrzegać, a jeżeli polski prezydent uważa inaczej, to być może warto by było ów „prezydencki pogląd” sprawdzić przed Trybunałem Stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (71)