Ma szczęście red. Stasiński, że mu Kania Dorota, nie doradzała, w sprawach sercowych albo, nie daj Boże, w jakiś interesach. Na przykład od kogo pożyczyć pieniądze. Niechybnie wisiałby dziś u klamki jakiegoś Dochnala albo Mazura. A tak został tylko kapusiem. Sprawa jest zresztą całkiem poboczna, bo choć Stasiński nie jest biskupem (u biskupów sprawy są zawsze poboczne), to przecież Pani Kania, wymieniła tylko suche fakty. A fakty są jakie są, Sbek powiedział, że Stasiński powiedział, więc Stasiński powiedzieć musiał. Sbek locuta, causa finta - chciałoby się powiedzieć o tych najbardziej wiarygodnych świadkach w historii polskiego sądownictwa, gdyby nie sprawa Zyty Gilowskiej i abp. Michalika. Ale, jak mówiliśmy, Stasiński biskupem czy też arcybiskupem, nie jest. Nie jest też Zytą.
Może to i nawet dobrze, strasznie Pani Zyta nachachmęciła ostatnio o MiFIDzie w wywiadzie w Rzepie. Ma więc Stasiński szczęście, choć nie jest to jeszcze szczęście Dominika Uhliga. Uhlig miał szczęście większe, bo go pomylono z ojcem. Ale żeby było jasne. Pomylono z winy Węglarczyka, bo Węglarczyk napisał na blogu: „Dominik trzymaj się”. Mógłby więc Węglarczyk, za przeproszeniem, stulić dziób na swym blogu a Stasiński mógłby wylądować gorzej. Choćby z kilkusetsiecznym długiem u jakieś tam powinowatej Mazura (np. teściowej). Jak Dorota Kania u mamusi żony Dochnala. Wszyscy pamiętamy przecież, jak ta niewątpliwie inteligentna kobieta, pożyczała pieniądze. Ba, właściwie to nie pożyczała, tylko jej pożyczano. I to nie byle jak, bo zmontowano na nią pułapkę – jak twierdzi pewien znany polski publicysta. Pułapka polegała na tym, że ktoś, a konkretnie właścicielka biura obrotu nieruchomościami (teściowa Dochnala) pożyczyła Pani Kani 245 tysięcy złotych. I to bez odsetek, bez zabezpieczenia i nawet bez aktu notarialnego. Przyznają Państwo, że takie przypadki chodzą po ludziach, a bywają nawet nagminne. Czy naprawdę nigdy żaden deweloper, tudzież pośrednik, nie oferował Państwu kilkuset tysięcy bez zabezpieczenia? Nie dziwne więc, że mimo zawodowej wręcz podejrzliwości, Pani Dorota na pożyczkę przystała. Przecież nie o takich aniołach (biznesu?) się czyta w prasie.
Niestety naczelny Wprost, nie uwierzył w pułapkę, i Panią Kanię zawiesił. I być może to jest właśnie przyczyna artykułu Pani Doroty, wszak, jak się dla Tajnego Współpracownika pracowało i nabijało mu kiesę, to niełatwo jest moralizowania o kapusiach się pozbyć. A przecież Lesław Maleszka, niczym Marek Król, gazety własnej nie założy. Aż tak wysoko w hierarchii nie był. No, chyba, żeby zaczął krytykować Michnika i eutanazję. Wtedy pal licho ofiary tylko cel pal i w Michnika... albo Stasińskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)