Those to whom evil is done
Do evil in return.
W.H. Auden
Brodski, który specjalnie dla Audena, zaczął pisać po angielsku, wspomina, że wiersz, z którego pochodzi ów cytat (September 1939) powstał, gdy Auden, w przededniu wojny, wyjechał z Anglii do Stanów Zjednoczonych. Oskarżany przez wszystkich o dezercję napisał frazę, która odnosiła się do Hitlera, niemieckiego szoku po pierwszej wojnie i chęci rewanżu. Fraza ta jest także mottem filmu Obywatel Milk, i gdy pod kątem właśnie owego Those to whom evil is done zerknie się na dzieło Van Santa, to na gejowskim micie założycielskim pojawić mogą się pewne rysy. A Milk staje się przestrogą, ale w zaskakjąco innym znaczeniu.
Sam Milk, choć brawurowo grany przez Pena, jest bowiem mdły, jego filmowa walka jest sztuczna, przewidywalna, brakuje grozy, ciśnienia i wzruszeń. Wszystko staje się galaretowate, zawieszone w próżni, toczące się wedle ustalonych kolein. Wszystko za wyjątkiem Dana White (Josh Brolin). W pewnym momencie, gdy kamera coraz dłużej się skupia na Danie, można się zacząć domyślać, kto pociągnie za spust. Upokarzany Dan, lekceważony przez cioty, jest właśnie tym, któremu zło uczyniono i który je potem z nawiązką oddaje. Dan z nijakiego Pana w krawacie, przeistacza się w postać tragiczną. Szamocący się konserwatysta, który staje się pośmiewiskiem rady miasta, człowiek o niespełnionych ambicjach, zrujnowanym honorze, mebel do przesuwania, dla którego kariera miała być dopiero początkiem. Facet, który u geja, którym gardzi musi żebrać o podwyżkę dla radnych, bo nie może utrzymać swej patriarchalnej rodziny. Obywatel Milk wielkość swą mógłby więc czerpać tylko z postaci Dana White, postać Milka nie ma ikry, postać Milka nie chwyta za serce.
Zastanawiam się dlaczego. Przecież niby wszytek jest. Jest sprawa, jest bohater odwaga, są strzały, jest śmierć. Ale Milk to postać pozytywna, do bólu pozytywna. A o ile filmowanie zła bywa łatwe, często zbyt łatwe, to prawdziwą sztuką jest filmować dobro. Tak jak sztuką jest napisać pompatyczny wiersz, który uniknie tandety. Udało się pewnie garstce, próbowały setki. Istnieje bardzo cienka granica, po której film staje się ckliwy, sentymentalny, lirycznie nieznośny. VAn Sant tę granicę przekroczył, być może trzeba było Milka zrobić dodatkiem do Dana White i spróbować pograć starym sprawdzonym schematem Those to whom evil is done.
Ale tak jak zachwyty nad Milkiem są przerysowane, a sens może być zupełnie odwrotny, tak ciężko o zachwyty nad filmem o Popiełuszce. To nie jest film, to jest makatka. Wycinanka, kolorowanka, zabawa obrazami. Jak ten plakat, na który wstyd patrzeć. Gdzieś to już widziałem. W Katyniu Wajdy i Karolu, który został papieżem. W fabularyzowanej tandecie, co udaje teatr telewizji. Nie wiem co gorsze, koszmarna scena z Herbertem na sali sądowej, czy pościgi na świeżo odremontowanym Starym Mieście. Mógł reżyser z litości, oszczędzić widzom autentycznych kronik z lat 80 tych, bo tylko obnażał własną indolencję. Dobro jest trudno filmować, Agnieszka Holland, niby robiła film o Popiełuszce, ale zrobiła film o Piotrowskim. Bo zło zawsze się wdzięczy do kamery. Ale tak jak w Katyniu Wajdy znaleźć można coś co chwyta za gardło, tak i w tej kałuży da się wygrzebać diament. To Andrzej Woronowicz- jeżeli zagrać dobro jest ciężko, jeżeli cały filmowy świat ks. Jerzego jest tekturowy, to Adam Woronowicz gra wręcz olśniewająco. Jeżeli ja antyklerykał, patrzę z otwartymi oczyma i gdzieś na dnie, budzi się we mnie autentyczny podziw i dla aktora i postaci, jej wiary i siły, to właściwie już niczego więcej nie potrzebuję.
Idąc do kina zastanawiałem się, czy jakimś patriotyzmem nie jest kupowanie biletów, i głosowanie portfelem, za kinem, które poruszać ma tematy ważne. I zastanawiałem się czy miałbym tę odwagę zrobić tak słaby film, łapiąc się za tematy, które dla Polaków wydają się być wyjątkowe.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)