Tolerancja bynajmniej nie jest cnotą, lecz jedynie funkcją siły. Lubię tolerancję gdy jestem siłaczem wśród słabeuszy, gigantem wśród liliputów – tolerancja jest wtedy świadectwem mojej siły, mile głaszcze moją próżność i miłość własną – taki pogląd Jonathana Swifta przytoczył swego czasu Piotr Kłoczkowski na odczycie o literaturze i demokracji. Walt Kowalski nie mógł być tedy tolerancyjny, bo nie był próżny. Nie kochał siebie, a już na pewno nie pielęgnował miłości własnej, właściwie trudno powiedzieć, żeby kochał kogokolwiek. Walt Kowalski był nietolerancyjny i w tym tkwił cały jego urok.
Gdy na plakacie reklamowym najnowszego i ponoć ostatniego filmu (Amerykanie kochają powroty) Clinta Eastwooda wydrukowali zdanko, że to film niepoprawny, opadły mi ręce. A więc znów wtłaczają w ten idiotyczny spór poprawności z niepoprawnością, zapominając, że to tylko dwie strony tego samego, wytartego bilonu. Że tak jak neutralność światopoglądowa sama w sobie jest światopoglądem, tak to co niepoprawne bywa w pewnych kręgach całkiem poprawne, i odwrotnie. Bo nie jest sztuką, ani odwagą, naśmiewać się z gejów w Utah albo z księży w wyzwolonym San Francisco. Film Eastwooda rzeczywiście może uchodzić za niepoprawny, choć na pewno nie w senesie odejścia od paradygmatu nawróconego rasisty, który przekonuje się, że świat żółtków, asfaltów albo pedałów nie taki straszny, a biali chrześcijanie w gruncie rzeczy są tak samo tępi i nudnawi. Na takim paradygmacie opierał się choćby „American History X” czy „Lepiej być nie może”.
W tym kontekście Gran Torino nie jest niczym nowym, tu też mamy moment przełamania, ową konwersję na tolerancję. Skojarzeń jest zresztą więcej, film zaczyna się podobnie do znakomitego Schmitda z Nicholsonem, ale tak jak Schmitd powoli tracił swój gorzki smak na rzecz dziwacznej farsy, tak Gran Torino z minuty na minutę smak ten wyostrza, a Eastwood z powodzeniem (i to jakim!) znów łączy te parę ogranych wątków robiąc to jednak w swoim starym, niepowtarzalnym stylu. Bohater wydaje się być ciągle ten sam, jakby patetycznie to nie brzmiało, znów mamy doświadczonego, samotnego twardziela, którego okoliczności zmuszają do działania. Tak było w „Bez przebaczenia”, „Za Wszelką cenę”, tak jest i w Gran Torino. Znamy to, ale chcemy oglądać, może dziś nawet bardziej, w czasach, gdzie wszyscy chowają się za czyimiś plecami, na stosowanie przemocy są rozdawane koncesje, znowu potrzeba brudnego Harrego, nie bez powodu męska literatura Hłaski, Grzesiuka wciąż ma swoich oddanych fanów.
Walt Kowalski jest nietolerancyjny i jest w swym rasizmie komiczny, tak jak komiczny w swej walce z gołębiami był Wojciech z „Pręgów”. W połowie filmu ryczałem ze śmiechu, ktoś kto lubi czarne komedie, żarty z Jezusa, Polaczków, żółtków, kazirodztwa i cały ten „podziemny humor” gdzie nie ma świętości, a śmiać się można z każdego tabu, polubi i Gran Torino. Zwłaszcza, iż wydaje się, że Eastwood ma do swojego bohatera wiele dystansu, nienawiść i rasistowskie napinanie się Walta, podszyte jest uroczym pozerstwem, tak nadętych postaci na co dzień się nie spotyka, no chyba, że w Internecie. Zresztą nawet Azjatyccy bohaterowie Clinta patrzą na ten dowcip z przymrużeniem oka i nie biorą na serio komicznej zrzędliwości Walta.
Można snuć paralele z „Za wszelką cenę”, gdzie Eastwood znowu łączy gatunki i wątki, tym razem w tragikomedii połączył przełamywanie stereotypów, przyjaźń, pochwałę twardego wychowania czy wreszcie nieśmiałe usprawiedliwiania przemocy. Ale to było by chyba jednak zbyt mało, tak jak zbytnim uproszczeniem jest stwierdzenie, że znowu dostaliśmy film, w którym śmierć traktowana jest jako dar i nie ma nic wspólnego z katolickim obowiązkiem dbania o życie. Zresztą katolicyzm pokazany jest tu w krzywym zwierciadle, jako religia prawiczków i wymuskanych pierdoł. Nie przypadkiem prawdy o swoim życiu dowiaduje się Walt, nie z ust księdza, a azjatyckiego szamana.
Gran Torino to jednak i przede wszystkim, przynajmniej dla mnie, film o odkupieniu. O wyrzutach sumienia i odwadze. Film o tym, że wszystko da się naprawić, że trzeba walczyć o swoje, ale że bycie twardzielem ma swoją cenę, czasami cenę zbyt wielką. I że prawdziwym bohaterem tak samo można być bronią machając, jak i ją trzymając w kaburze. Tyle tylko, że w obu przypadkach efekt da się osiągnąć, tylko gdy wcześniej zapracowaliśmy na to, by ktoś wreszcie zaczął nas traktować serio.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)