Zdrowym ludziom z tych czterech słów pozytywnie kojarzyć się mogą co najwyżej dwa: "Kuba" i "techno".
Kubę można kochać za wiele rzeczy: muzykę, kobiety, pogodę lub np. sympatycznych mieszkańców. Można jej także nie znosić - z bardzo wielu względów, które mi akurat do głowy nie przychodzą, bo nie rozumiem, jak można nie lubić jakiegoś kraju - choć wiem, że są tacy ludzie - i MAJĄ DO TEGO PRAWO! Techno z kolei można kochać za to wszystko, czego nie posiada żaden inny gatunek muzyczny - równie dobrze można tej muzyki nienawidzić - także za to, czego nie posiada żaden inny gatunek muzyczny...
Jednak to, czy ktoś woli Kubę czy np. Francję, Stany Zjednoczone czy Niemcy (nie chodzi mi o "państwa" - rządy, politykę - chodzi mi o KRAJE i wszystkie te pozytywne rzeczy, które się z nimi wiążą) - i to, czy ktoś woli techno czy np. muzykę rockową, muzykę klasyczną, jazz, pop, metal, punk-rocka, drum'n'bass, alternatywę, britpop, shoegaze - cokolwiek! - jest to kwestia GUSTU (ewentualnie wiedzy - akurat jeśli o te przykłady chodzi: na temat muzyki czy świata... - ale głównie GUSTU!), a także nastroju, itp. To, czy ktoś woli Fidela Castro od Margaret Thatcher lub "Che" Guevarę od np. Jana Palacha - to już nie jest kwestia GUSTU - to jest tylko i wyłącznie kwestia WIEDZY, konkretnych poglądów na świat - i tego, czy ktoś posiada odrobinę przyzwoitości i zdrowego rozsądku.
Tzw. "kultura techno" kojarzy się przede wszystkim z masą dwudziestokilkulatków tańczących w rytm psychodelicznej muzyki elektronicznej - bardzo często pod wpływem wszystkich narkotyków świata (oczywiście nie w tym samym czasie...): od ecstasy, amfetaminy, LSD, meskaliny, grzybków halucynogennych - po marihuanę (którą jednak częściej palą np. hip-hopowcy...) i tego typu stymulatory, których tzw. "porządni obywatele" nawet nie chcą widzieć na oczy. "Parady Miłości", "Maydaye", Berlin, Detroit, Rotterdam - świat, do którego nie miały raczej dostępu realne problemy, które niszczyły i ciągle niszczą naszą planetę. Nic więc dziwnego, że ludźmi, którzy po prostu chcą się od czasu do czasu zapomnieć - pobawić przy takiej muzyce, jaka akurat ICH kręci - poznać ludzi, chcących żyć tak jak oni - z imprezy na imprezę - bardzo szybko zainteresowali się poszukiwacze ignorantów - czyli lewacy...
Pierwsza połowa lat 90. - rave - pseudoprawicowi politycy na całym świecie ostrzegają przed okropnymi narkotykami i tragicznymi skutkami ich ewentualnej legalizacji. Lewicowi najczęściej milczą, ale niektórzy z nich opowiadają się np. za legalizacją tzw. "narkotyków miękkich" - dzięki czemu zyskują aprobatę wśród wielu młodych ludzi. Do tego dochodzi britpop, którego przedstawiciele (np. Pulp, Oasis, The Stone Roses) również sami bardzo często brali narkotyki i nie widzieli w tym nic złego - a na brytyjskiej scenie politycznej brakowało partii, która byłaby normalną prawicową wolnościową siłą - Partia Konserwatywna za rządów Margaret Thatcher (której zasługi w innych dziedzinach są oczywiście ogromne), jak i później Johna Majora (1990-1997) to ciągła walka z narkotykami - co spora część młodych ludzi odbierała jako walkę z nimi - chęć odebrania im ich Wolności! Efekt - socjaliści i socjaldemokraci wygrywają wybory prawie w całej Europie Zachodniej - m.in. dzięki dużemu poparciu wśród ludzi młodych...
Teraz mamy XXI wiek - powoli przemija moda na koszulki z "Che" - niestety często nie dzięki uświadamianiu młodych ludzi, że Guevara to nie był wcale żaden "romantyczny buntownik", ale zwykły morderca - potrafiący zastrzelić bez mrugnięcia okiem kilkuletnie dziecko - wystarczył mu drobny pretekst! Samo lewactwo przejęło się modą na "Che" - swego czasu w "arcypostępowym" klubie Le Madame (nawiasem mówiąc, miejscu spotkań pseudoartystów i "antyfaszystów" - w stylu Simona Mola...) odbywały się nawet dyskusje na temat, czy bliżej jej do "rewolucji" czy do "komercji". Lewactwo oczywiście popełniło błąd, bo po raz kolejny zabiło się własną bronią - wypromowało coś, co było skazane na porażkę, chociaż na pewno odniosło JAKIŚ "sukces" - wielu młodych ludzi wyrzuciło kasę w błoto, zamiast sobie kupić t-shirt np. ze Statuą Wolności...
Ostatnio na rynku pojawiły się nawet koszulki z megazbrodniarzem Mao, które noszą już chyba tylko kompletni kretyni - jednak wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że pomysłodawcą nie był wcale żaden lewak, ale zwyczajny cwaniak, chcący zarobić na młodych ignorantach.
Niedługo umrze Fidel Castro - kolejny komunistyczny "gwiazdor" - także "bohater" dla wielu gówniarzy, którym nawet nie chce się czytać newsów w internecie - Onet.pl (za PAP) właśnie donosi: "Na 12 lat więzienia skazany został kubański dysydent, który umieszczał na ścianach budynków użyteczności publicznej hasła w rodzaju 'Precz z Fidelem Castro' - podali kubańscy obrońcy praw człowieka. (...) 36-letni Jimenez, który jest prawnikiem, nie mógł bronić się w sądzie i podczas tajnego procesu został skazany (...) za brak szacunku dla kubańskiego przywódcy i wyjawienie tajemnic państwowych. (...) To już drugi kubański dysydent potajemnie skazany w tym miesiącu. Poprzednim był dziennikarz Oscar Sanchez publikujący dla niezależnej strony CubaNet, skazany na cztery lata więzienia za stwarzanie 'zagrożenia społecznego'. (...)".
Dwóch idoli - bardziej popularnych w środowiskach młodzieżowych niż Kaczyńscy (w sumie trudno się dziwić, czemu Kaczyńscy nie są popularni - ale nie przesadzajmy... Oto dowód: 'Precz z Lechem Kaczyńskim!" - napisał na swoim blogu anonimowy bloger, "Ed Gantro" - i co, zrobią mi coś?)...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)