Jeśli zostanie prezydentem Warszawy, czego we własnym interesie jako mieszkaniec stolicy szczerze mu życzę, to dla urzędników Ratusza nastaną czarne dni. Bo też Czesław Bielecki reaguje wręcz alergicznie na głupotę, nieudolność i niekompetencję - przykrywanych jakże często zasłoną dymną tzw. czynników obiektywnych. Dla amatorów „lewizny” i „kręcenia lodów” będzie to również zła wiadomość i w dniu, w którym Czesiek wygra, powinni w pospiechu spakować biurka. Natomiast dla warszawiaków, gdy rządy w stolicy obejmie oryginalny, profesjonalny architekt, ale nade wszystko wizjonerski urbanista, może otworzyć się szansa. Warszawie jak tlenu brakowało od lat spójnej wizji, a także gospodarza, który właściwie określiłby priorytety i konsekwentnie, krok po kroku, realizował niezbędne dla miasta inwestycje. Ale żeby tak się stało, niezbędne jest - poza stworzeniem wizji – ogarnięcie całości problemów, a także umiejętność symultanicznego myślenia i działania. I te cechy Czesiek posiada, a wiem co piszę, bo znamy się od lat. Już tylko dla porządku dodam, że potrzeba działania pro publico bono, wsparta dynamizmem i błyskotliwą inteligencją, „wypychała” często Cześka poza orbitę jego zawodu: w stanie wojennym stworzył „z niczego” sprawnie działające podziemne wydawnictwo CDN, bywał przenikliwym publicystą, współzakładał Ruch Stu, przez jedną kadencję był posłem.
Przedstawiony obrazek jest wysoce panegiryczny, więc dosypmy łyżeczkę (a może dwie) dziegciu. Otóż, co by nie mówić, Czesiek nie jest człowiekiem łatwym. Mając świadomość własnej błyskotliwości i przekonanie o nieomylności sądów, brakuje mu czasami dystansu i pokory. Gdy nie opublikowałem mu kiedyś w „Tygodniku Solidarność” przysłanego tekstu - bo używając dziennikarskiego żargonu był zwyczajnie „puszczony” - to się obraził. A gdy kiedy indziej w jakiejś dyskusji powiedziałem mu, że jest piastunem własnej godności i wielkości - przyjął to wprost i nie zauważył złośliwej nutki. Inna historia. Gdzieś na wiosnę roku 1998 mój przyjaciel Andrzej Roman poinformował mnie, ze przyjeżdża do Warszawy jego kuzyn, prof. Zbigniew Brzeziński, który chciałby poznać kogoś ze znaczących postaci formacji, która kilka miesięcy wcześniej wygrała parlamentarne wybory. Zadzwoniłem do Cześka, był - z ramienia AWS - świeżo wybranym przewodniczącym komisji spraw zagranicznych. Do spotkania, które trwało blisko trzy godziny doszło w mieszkaniu Andrzeja. Okolicznością którą zapamiętałem był wystawny obiad - przy stole poza gospodarzami siedzieli prof. Z. Brzeziński, Czesiek i ja. Zapamiętałem również taktowne milczenie Profesora i błyskotliwe tyrady Cześka. Gdy następnego dnia spytałem Andrzeja jakie wrażenie zrobił Czesiek na Profesorze, to usłyszałem. – Nie najlepsze, Czesiek w ogóle nie dopuścił go do słowa, a w dodatku ze zbyt dużą swadą pozwalał sobie na paternalistyczny ton w ocenie amerykańskiej polityki zagranicznej. Historyjkę tę przypominam jako ciekawostkę, ale dla Cześka (jeśli ten tekst przeczyta), jako memento.
Gdy kampania wyborcza nabierze już rumieńców, dojdzie do starcia dwojga głównych pretendentów – Hanny Gronkiewicz-Waltz i Czesława Bieleckiego. Czesiek to zawodnik wagi superciężkiej i gdy przyjdzie do debat, jego rywalka nie obroni się przed kompromitującym nokautem. Dlatego - idę o zakład - kampanijni sztabowcy HGW będą jak ognia i pod dowolnymi pretekstami starali się uniknąć bezpośredniej konfrontacji.
Ale nawet jeśli nie dojdzie do bezpośredniego starcia, Czesiek przy dobrze i dynamicznie poprowadzonej kampanii nie jest bez szans. Ja w każdym razie trzymam za niego kciuki.
I jeszcze jedno – na zakończenie. Prezydent Stefan Starzyński, który trafił do Ratusza jako „prezydent komisaryczny”, też był człowiekiem „trudnym”. Ale miał wizję wielkiej Warszawy i wizję tę wcielał w życie.



Komentarze
Pokaż komentarze (88)