Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg
874
BLOG

Debaty czyli jak zmieniać historię

Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg Polityka Obserwuj notkę 5

 

Są dwa rodzaje debat. Pierwsza, to pojedynek jeden na jednego  politycznych rywali, zbliżony w swojej poetyce do klimatów westernowych, mający - jak to w pojedynku - wyłonić zwycięzcę. Drugi rodzaj debaty to spotkanie fachowców, swoisty areopag mędrców, którzy w swobodnej dyskusji próbują zdiagnozować jakiś skomplikowany problem, czasami proponując rozwiązania sanacyjne.

Pierwszy rodzaj debaty ma niemal z reguły charakter polityczny  i wynik wspomnianego pojedynku, zwłaszcza jeśli jest wyraźny, niemal natychmiast przynosi polityczny plon. O sile rażenia takich medialnych pojedynków mogliśmy się przekonać jesienią 1988 r. po debacie Wałęsa-Miodowicz, co - bagatela - stało się impulsem do przemian ustrojowych w Polsce. Ten sam Lech Wałęsa kilka lat później przegrywając na własne życzenie telewizyjną debatę z Aleksandrem Kwaśniewskim (pod jej koniec zaproponował swojemu adwersarzowi i rywalowi podanie nogi zamiast ręki), musiał pożegnać się z reelekcją. Gorzki smak porażki poznał również w końcówce przedostatnich wyborów parlamentarnych Jarosław Kaczyński, kiedy w pojedynku z Donaldem Tuskiem, świetnie na to starcie przygotowanym przez profesjonalnych pijarowców, pogubił się w odpowiedzi na zadane mu przez Tuska pytania o cenę jabłek, cukru i kurczaków, co wyniosło Platformę Obywatelską do sprawowanej po dziś władzy. Przykładów wpływu takich debat na bieg historii, nie tylko z naszego krajowego podwórka(np. debata z roku 1960 Kennedy-Nixon), można przytoczyć wiele.

Nieco inaczej jest z debatami wieloosobowymi i nawet jeśli powodem ich zwołania są aspekty polityczne, to  nie mają one nic wspólnego z klimatem pojedynku i bardziej przypominają nudnawe seminarium naukowe. I choćby w trakcie takich debat dyskutowano nad problemami najbardziej żywotnymi dla narodu i państwa, to ich siła sprawcza na bieg wydarzeń wartkich  może być bliska zeru. Mogliśmy się o tym przekonać, gdy kilka lat temu prezydent Lech Kaczyński zorganizował dwie takie debaty: pierwszą - poświęconą cykającej bombie demograficznej(za trzydzieści lat będzie Polaków mniej o blisko 7 milionów) i drugą – podejmującą problem zagrożeń związanych ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym. W obu debatach wzięli udział wybitni specjaliści, najczęściej z akademickim dorobkiem, nikt nie pytał uczestników o ich sympatie polityczne. I co? I nic. Media zignorowały całkowicie te dwie debaty, obowiązywał wtedy triumfalistyczny dogmat „zielonej wyspy”, a o lokatorze pałacu prezydenckiego należało pisać tylko źle. A skoro inicjatywy prezydenckiej nie można było łatwo wykpić i po uczestnikach wspomnianych debat trudno się było przejechać, bo po pierwsze nie sposób się było doszukać w ich doborze klucza partyjnego, a po drugie - było tam zbyt wielu wybitnych uczonych, również o światowej renomie, dlatego zdecydowano sprawę przemilczeć. Bardzo skutecznie.

Ktoś może spytać: dlaczego teraz dwie debaty(ekonomiczna i zdrowotna), zorganizowane w dodatku przez jeszcze niedawno krytykowany w czambuł podmiot polityczny, skupiły uwagę niemal wszystkich mediów? Co więcej, pokazywane na żywo relacje, poprzez wielkie zainteresowanie telewidzów tymi debatami, bezspornie wpłynęły na preferencje polityczne Polaków i hołubiona do niedawna przez większą część mediów patia Tuska utraciła po pięciu latach pozycję lidera w rankingach i „ma już z kim przegrać”. Ta nieoczekiwana zmiana zachowania polskich mediów, głównie elektronicznych, wskazuje na to, że nad Wisłą bynajmniej na nastąpił „koniec historii”, a nasi żurnaliści nieomylnie wyczuli, że wiatr zaczyna zmieniać kierunek. Mało to może budujące, ale ponieważ uczestnicy obu „pisowskich” debat(większość z nich brała udział w debatach organizowanych przez L. Kaczyńskiego), mimo różnicy zdań w wielu szczegółowych sprawach, zgadzali się co do tego, że czekają nas ciężkie czasy, to wspomniana zmiana zachowania dziennikarzy może być choćby w maleńkim stopniu źródłem optymizmu.

I na koniec pointa, a nawet dwie. Pierwsza adresowana do polityków. Ich zadaniem, zwłaszcza tych, którzy aspirują do miana mężów stanu, jest w mniejszym stopniu talent do prowadzenia politycznej gry, ale nade wszystko umiejętność „patrzenia dalej, niż inni”. I pointa druga, że siła sprawcza analogicznych wydarzeń może być całkowicie odmienna i zależy od politycznego timingu.


Tekst ukaże się w najbliższym numerze czasopisma "Prawda jest ciekawa". 

Wszystko o mnie na stronie www.gelberg.org

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka