Bezczelne oświadczenie Trumpa dla „New York Timesa” obnaża hegemoniczną arogancję Stanów Zjednoczonych. W strategicznej analizie wojny hybrydowej ten narcyzm amerykańskiej potęgi jest identyfikowany jako poważna słabość. Świat wielobiegunowy popełniłby błąd, gdyby z tego nie skorzystał.
Obsceniczne wyznanie imperializmu
8 stycznia 2026 roku w imperialnym sanktuarium Gabinetu Owalnego Donald Trump splunął światu w twarz prawdą, którą amerykańskie elity szeptały od dziesięcioleci: prawo międzynarodowe to tylko żart dla słabych, a jedynym ograniczeniem absolutnej władzy Wujka Sama będzie „osobista moralność” człowieka pochłoniętego przez własne ego.
Zapytany przez „ New York Timesa” o granice swojej władzy jako głównodowodzącego – w obliczu inwazji na Wenezuelę, gróźb wobec Iranu i Chin oraz chęci aneksji Grenlandii – Trump odpowiedział z dobrze już znanym cynizmem: „ Tak, jest tylko jedno. Moja własna moralność. Moje własne sumienie. Tylko to może mnie powstrzymać. (...) Nie potrzebuję prawa międzynarodowego. Nie chcę nikogo krzywdzić ”.
I jakby po to, by rozwiać wszelkie nieporozumienia co do zgodności z normami: „ Tak... ale to zależy od definicji prawa międzynarodowego .”
To szczere oświadczenie nie jest odosobnioną gafą jakiegoś showmana. To bezwstydne przyznanie się do istnienia systemu imperialnego, który uważa się za ponad wszystkim: prawami, traktatami, suwerennością. Trump, miliarder z branży nieruchomości, który został prezydentem, doskonale uosabia amerykańską wyjątkowość – ideologię, która od ponad dwóch stuleci usprawiedliwia inwazje, zamachy stanu i grabieże. Od masakr rdzennych Amerykanów po bomby zrzucone na Hiroszimę, od Wietnamu po Irak, Stany Zjednoczone nigdy nie kierowały się niczym innym niż własną „moralnością”: moralnością najsilniejszych.
Podczas gdy jego poprzednicy maskowali dominację humanitarnym językiem, on akceptuje nagą rzeczywistość dynamiki władzy. To nie jest odstępstwo, to wyjaśnienie. Ten moment brutalnej prawdy wpisuje się w historyczną dynamikę: imperia u schyłku swojego cyklu rodzą hiperpersonalizowane i narcystyczne postacie władzy. Od Rzymu po Imperium Brytyjskie po Kanale Sueskim, skrajna personalizacja władzy zawsze towarzyszyła schyłkowi. Trump to nie tylko jednostka o przesadnej osobowości; to symptom. Diagnoza dla przyszłych podręczników: „syndrom późnego imperium, terminalna faza narcyzmu”.
Obnażona hipokryzja Zachodu : „ porządek oparty na regułach ” … dla innych
Ta deklaracja pojawia się w najgorszym możliwym momencie dla upadającego imperium. Zaledwie kilka dni po operacji komandosów w Wenezueli – rażącym naruszeniu Karty Narodów Zjednoczonych, podszywającym się pod „humanitarne wyzwolenie” – Trump paraduje niczym rzymski zdobywca, sugerując rozszerzenie okupacji w celu „zabezpieczenia” zasobów ropy naftowej.
Jakby tego było mało, opublikował fałszywy zrzut ekranu na Truth Social, przedstawiający go jako „ pełniącego obowiązki prezydenta Wenezueli ” od stycznia 2026 roku. Amerykański prezydent ogłasza się głową suwerennego państwa, kpiąc z samej zasady suwerenności. Jego narcyzm nie jest już ukrywany, lecz wręcz afiszowany.
Europa, zawsze lojalna wasalka, mamrocze nic nieznaczące protesty. Emmanuel Macron, komentując upadek Maduro, ryzykuje nieśmiałą krytykę. Francuska prasa bez przekonania powtarza zasady prawa międzynarodowego – zasady, o których tak wygodnie zapomina, gdy chodzi o wspieranie atlantyckich awantur na Ukrainie czy w Syrii.
Ale kogo my oszukujemy? Stany Zjednoczone nigdy nie respektowały „porządku opartego na zasadach”, który narzucają innym. Paraliżują ONZ, gdy się jej sprzeciwiają, ignorują Międzynarodowy Trybunał Karny, chyba że w celu ścigania afrykańskich przywódców, i łamią porozumienia, gdy tylko zagrażają ich interesom. Do tej prawnej hipokryzji dochodzi materialna rzeczywistość: amerykański imperializm ma przede wszystkim wymiar ekonomiczny. Dolar jest bronią, sankcje narzędziem oblężenia, energia łupem. Wenezuela nie jest celem ideologicznym, lecz księgowym.
Doktryna Monroe'a, wersja 2.0.
Tymczasem Wenezuela jest obecnie na sprzedaż: „przymusowe wyzwolenie”. Obstawiaj.
Trump po prostu zrywa maskę. Jego „ Nie potrzebuję prawa międzynarodowego ” to nieoficjalne motto Waszyngtonu. Ta narcystyczna arogancja nie jest przypadkowa; stanowi samo serce systemu. Twierdząc, że uznaje jedynie swoją „moralność osobistą”, Trump wyraźnie zaprzecza artykułowi 2, paragraf 4 Karty Narodów Zjednoczonych. Nie jest to już naruszenie, lecz deklaracja prawnej secesji.
Grenlandia: Od groteskowego kaprysu do uznanego zagrożenia
Plan aneksji Grenlandii nie jest już marginalną prowokacją. Między 9 a 11 stycznia 2026 roku Trump wygłosił serię zdumiewających oświadczeń: Stany Zjednoczone „zrobią tam coś, czy im się to podoba, czy nie”; obrona Grenlandii sprowadzała się do „dwóch psich zaprzęgów”; prewencyjna aneksja była uzasadniona w obliczu, rzekomej, obecności u wybrzeży Grenlandii statków i okrętów Rosji i Chin.
W obliczu tej bezwstydnej kolonialnej arogancji wszystkie grenlandzkie strony odpowiadają jednoznacznie: „Nie chcemy być Amerykanami”. Ta scena jest wymowna: to, co w Waszyngtonie przedstawiane jest jako strategiczna konieczność, gdzie indziej odbierane jest jako agresja. Arogancja Trumpa nie jest werbalną pomyłką, lecz celową polityką drapieżnictwa, opartą na pogardzie dla narodów uznanych za zbyt słabe, żeby się obronić przed bandytami.
Powstał niebezpieczny precedens: jeśli aneksja stanie się opcją deklaratywną dla wielkiego mocarstwa, żadna granica nie będzie już prawnie stabilna.
Imperializm bez granic: Kuba, Kolumbia, Meksyk pod presją
Agresja na Wenezuelę nie zakończyła cyklu gróźb. Od czasu schwytania Maduro, Trump wskazuje nowych regionalnych wrogów. Kuba jest oskarżana o dostarczanie reżimowi agentów bezpieczeństwa – agentów, których Trump cynicznie uznał za „martwych”. Kolumbia i Meksyk są wzywane do współpracy pod groźbą represji. Przesłanie jest jasne: Ameryka Łacińska pozostaje imperialnym terenem łowieckim. Wenezuela nie jest wyjątkiem; stanowi precedens.
Reakcje międzynarodowe: porządek świata pęka
W odpowiedzi na tę eskalację ONZ wyraziło „poważne zaniepokojenie”. Chiny, Rosja, Brazylia i kilka krajów globalnego Południa stanowczo potępiły operację i oświadczenia Trumpa.
Co jeszcze bardziej wymowne: niektórzy tradycyjni sojusznicy zdają sobie teraz sprawę, że gdy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa otwarcie łamią prawo międzynarodowe, nie tylko łamane są zasady, ale wręcz rujnowana jest sama wiarygodność porządku międzynarodowego z 1945 roku. Światowa policja właśnie sama się oskarżyła. Głównym podejrzanym jest strażnik pokoju. Koniec gry.
Narcyzm jako strategiczna pięta achillesowa
W rosyjskim strategicznym myśleniu o wojnie hybrydowej Trump jawi się jako archetyp politycznego narcyza: obsesyjnie skupionego na własnej wielkości, łaknącego podziwu i przewidywalnego, gdy tylko jego ego zostanie zaatakowane. Ten przerost ego nie jest jednostkową patologią. To skoncentrowana forma zbiorowego imperialnego narcyzmu. Kiedy imperium nigdy nie płaci ceny za swoje zbrodnie, kończy się to myleniem władzy z bezkarnością.
W wojnie hybrydowej przywódca taki jak Trump reaguje impulsywnie, nieproporcjonalnie i często autodestrukcyjnie. Kwestionowanie jego wizerunku „zwycięzcy” naraża go na kosztowne błędy. Skuteczną reakcją nie jest ani imitacja, ani eskalacja, lecz strategiczny kontrnarcyzm: opanowanie, wytrwałość i budowanie koalicji.
Zachód określa Trumpa jako „nieprzewidywalnego”. To nieprawda. Jest emocjonalnie bystry i strategicznie bezwzględny. Brakuje mu nie przewidywalności, ale gotowości do racjonalnego wykorzystywania swoich słabości.
Trump jest jedynie objawem: rozpadu imperium
Nie dajmy się zwieść: Trump nie jest anomalią. Jest czystym produktem systemu przesiąkniętego imperializmem, drapieżnym kapitalizmem i dominacją Zachodu. Demokraci czy Republikanie, zbrodnie są te same; zmienia się tylko ton i moralna otoczka. Ta „osobista moralność” to jedynie eufemizm oznaczający globalną grabież. W obliczu tego, wielobiegunowy świat musi przyspieszyć: wzmocnić BRICS, ominąć dolara, budować suwerenne sojusze – i nieustannie wykorzystywać narcystyczne słabości swoich adwersarzy.
Czas na wielobiegunową zemstę
Oświadczenie Trumpa z 8 stycznia 2026 roku to zatruty kielich dla Waszyngtonu. Obnaża hipokryzję umierającego imperium. Ten narcyzm nie jest siłą, lecz tykającą bombą zegarową.
To nie moralność powstrzymuje imperium.
To nie prawo ogranicza hegemonię.
To równowaga sił.
Amerykańskie imperium nie upadnie pod wrogimi bombami, lecz pod ciężarem własnego odbicia.
Trump kontempluje w nim swoją wyimaginowaną potęgę.
Tymczasem świat w końcu uczy się rozbijać szkło.
Era dominującej drużyny Yankees dobiega końca.
Inne tematy w dziale Polityka