Hugo Chavez postanowił właśnie zreformować ustrój swojego kraju i pod hasłem budowy „socjalizmu XXI wieku” dąży do nieograniczonej i wiecznej władzy w Wenezueli. Zapowiada nacjonalizację prywatnych majątków, zamyka niezależne media, buduje struktury na wzór kubańskich komitetów obrony rewolucji, by móc kontrolować oddolne inicjatywy obywatelskie. I mimo, ze wprost mówi o budowie socjalizmu nasi rodowici lewicowi komentatorzy zapatrzeni są w jego skuteczność w budowaniu demokracji.
Tymczasem z przerażeniem przeczytałem artykuł Wojciecha Figiela, który pierwotnie (trzy lata temu) ukazał się w „Trybunie”. Tekst Figiela jest polemiką z „artykułem znanego krytyka rewolucji boliwariańskiej w Wenezueli, Macieja Stasińskiego. (...) który zarzucał prezydentowi Chavezowi autorytarne ciągoty i chęć zbudowania socjalizmu, który Sasiński - mylnie oczywiście - utożsamia z ustrojem społeczno-politycznym panującym w Polsce w latach 1944-89.”
Mam świadomość, że dziś nieco łatwiej jest nazywać rzeczy po imieniu, w chwili gdy Chavez przestał się kryć ze swoimi totalitarystycznymi zapędami, ale dzięki temu możemy zobaczyć lewicową ekwilibrystykę w zaklinaniu rzeczywistości gdy zdrowo myślący człowiek wprost nazywa obserwowane procesy.
Na wstępie autor definiuje czym jest tzw. Rewolucja boliwariańska. Wg. niego jest to proces demokratyzacji kraju zakładający aktywne uczestnictwo obywateli w życiu publicznym. Nie wiem czy dziś mamy do czynienia nadal z tą samą rewolucją bo zapowiadane przez Chaveza reformy i rozwiązania demokratycznymi nie są (tzn w rozumieniu socjalisty, PRL też był krajem demokratycznym więc zapewne da się wmówić obywatelom, że przemiany które następują są ich wyborem).
Dalej autor dowodzi, że w czasach przed Chavezem nie było kontroli nad zyskami z wydobycia ropy a teraz ta kontrola jest (jeśli można tak nazwać rozdawniczą politykę np. w stosunku do Kuby, która naraża co roku Wenezuelę na wielomiliardowe straty). Oraz podaje żelazne hasła - wytrychy każdego szanującego się socjalisty – darmowa służba zdrowia i edukacja dla każdego (nie ważne czego uczą). Przy okazji wypomina naszemu rządowi, że zamiast brać przykład z tak dobrze rozwijających sie gospodarek, zajmuje się nikomu niepotrzebna lustracją. Najbardziej jednak zachwyca się autor rozkwitem kultury i poezji, tu zacytuję:
To jednak nie wszystko. W Wenezueli tworzy się coś znacznie większego, co trudniej jest ująć w statystyki. Gwałtowny i bujny rozwój – jak zresztą w trakcie każdej rewolucji z prawdziwego zdarzenia – przeżywa kultura we wszelkich formach: od poezji i literatury, poprzez piosenkę, a na filmie skończywszy. Tworzy się też kultura uczestnictwa w życiu politycznym kraju.
Przypomnę, że podczas rewolucji z prawdziwego zdarzenia rozkwita poezja i literatura podziemna oraz tysiące bałwochwalczych utworów wspierających idee rewolucji. Raczej nie było rewolucji, która wspierałaby opozycyjne wydawnictwa, ale o tym autor może nie chcieć mówić w tym momencie.
A już najważniejszym przejawem demokratyzacji kraju jest współczynnik wyborczy. Gratuluję panu Figielowi obiektywizmu w przekazywaniu danych z wenezuelskich komitetów wyborczych. Zaiste wynik 91% uprawnionych przy urnach wskazuje na to, że Wenezuelczycy szybciej niż polacy dojrzeli do demokracji. Przypominam, że w Polsce tak dojrzałą demokrację mieliśmy pod koniec lat 40 i na początku 50.
A na koniec najpiękniejsze słowa, jakie można usłyszeć z ust lewicowego publicysty. Szczególnie w czasie, gdy lewica nie waha się używać ostrych słów pod adresem urzędującego w naszym kraju prezydenta i premiera, zarzucając im autorytarne ciągoty:
(...) jak można obwiniać prezydenta o zmierzanie ku ustrojowi autokratycznemu oraz o to, że nie zmniejszył nędzy w kraju? Rząd boliwariański posiada demokratyczny mandat i zaufanie wyborców – opozycja nie.
Powyższy tekst chyba najbardziej pokazuje hipokryzję myślenia socjalisty o moralności Kalego. Jeśli jednak ktoś ma co do tego wątpliwości, autor szybko je rozwiewa:
Za rządów Chaveza (...) włos z głowy opozycji nie spadł. Ofiary śmiertelne jednak są, bieda też już jest. Jednak winna temu jest całkowicie opozycja, którą można określić – używając terminologii Stasińskiego – jako wściekłego psa, który gryzie gdzie i kogo tylko może patrząc, by zadane rany były możliwie jak najbardziej dotkliwe.
Ale najciekawsze jest przed nami. Jak można usprawiedliwić cenzurę? W prosty sposób:
Dlaczego wprowadzono ustawę o społecznej odpowiedzialności mediów? Wyobraźmy sobie, że prasa i telewizja w Polsce przez cały czas znieważają urzędników państwowych wysokiego szczebla oraz wspólnie z grupą biznesmenów i oficerów organizują ucz przeciwko rządowi. Co w takim wypadku zrobiłby każdy, szanujący się demokratycznie wybrany rząd? Zamknąłby te media, a ich właścicieli wywłaszczył i najprawdopodobniej uwięził. Chavez jednak – naiwnie wierząc w dobrą wolę opozycji – nie zrobił tego, co spowodowało nowe ofiary śmiertelne i straty w gospodarce. Ustawa o Społecznej Odpowiedzialności Mediów była więc niezbędnie konieczna, by wprowadzić cywilizowane i dawno już obowiązujące w krajach Europy Zachodniej normy.
Jakoś trudno mi sobie wyobrazić podobną sytuację w Polsce, a jeszcze bardziej nie potrafię sobie wyobrazić by lewicowy publicysta potrafił z takim zapałem usprawiedliwić np. zamknięcie TVN. Ale cóż, jak puentuje autor:
Choć jesteśmy daleko od Wenezueli, możemy pomóc Wenezuelczykom i tamtejszej demokracji. Jednocześnie możemy także sami wiele się nauczyć od nich i próbować przeszczepić to co najlepsze w modelu wenezuelskim na polski grunt.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)